środa, 30 września 2009

Chlor

Mam perwersyjną ochotę przeczytać wszystkie posty na swoim blogu i szyderczo je przeanalizować. Wyciągnąć średnią swoich kłamstw. Swoich prób wybielenia siebie, także przed samą sobą. Swoich ucieczek w melancholię, nie tę przychodzącą naturalnie i osiadającą na przedmiotach mojego życia, ale tę, która była właśnie ucieczką, wytłumaczeniem, wybielaczem. Żeby mi się łatwiej żyło, żeby słowa były gładkie jak kamienie w górskim strumieniu. Czasem po to, żeby innym było łatwiej przełknąć gorzkie krople żołądkowe (o tak, łatwo od sałaty dostać niestrawności wbrew powszechnie panującej opinii), trzeba było dosypać cukru. Najlepiej pudru, żeby nie chrzęściło w zębach i nie trzeba było gryźć.

Moja aspołeczność i domatorstwo osiągnęło stadium chorobliwe. Hm. Czerwona lampka, uwaga, posłuchajmy co mi mówi.

Kto decyduje o tym, że stadium jest chorobliwe? Pewnie pan doktor. A ponieważ nie korzystasz z rad żadnego, to cóż to za opinie? Jeśli dobrze Ci z takim stanem, jeśli odczuwasz gwałt na własnej naturze, bo musisz zrobić coś, czego nie chcesz, to skąd pomysł, że to chorobliwe?

Dobrze. A jeśli stawiam na swoim, nie robię tego, czego się ode mnie oczekuje, robię coś po swojemu, i odczuwam jakieś uwieranie, że jednak się nie dostosowałam, to co to jest? Zakorzeniona głęboko w każdym potrzeba bycia w stadzie? Nawet jeśli stado jest dzikie, a ja raczej spokojna? No, mniejsza o określenia. Po prostu inne. To co to jest? Niewiara we własne siły? W potęgę moich wyborów?

Weryfikowanie swojego życia jest bolesne i przykre często.
No to szczerość.
Czas start.

wtorek, 29 września 2009

pestka

"Każdy ma w sobie pestkę, każdy swoją. Jak owoc. Przylatują ptaki, przychodzi jedno po drugim spustoszenie. Robak. Gnije to, co jest miąższem. Odpada. Ale pestkę trzeba uratować. Pestka musi zostać nietknięta. Z pestki przecież...
Niepojęcie wstrząśnięta spytałam, co jest pestką.
- To, w co nie przestajemy wierzyć. Co jest najgłębiej nami; pomimo wszystko. Pomimo zła w nas. Pomimo naszych odstępstw, mimo wszystkich srebrników, jakeśmy wzięli. Kradnę, kłamię, cudzołożę - ale nie zabiję; tysiąc kompromisów, a kiedyś jednego nie; za żadną cenę, nigdy. Rozumiesz? (...)"

A. Kowalska
Pestka

niedziela, 27 września 2009

sobota, 26 września 2009

Mare Frigoris

Będę tego żałować, wiem, że będę. Złość jest świetną motywacją, o, zajebistą. Ale zanotuję kilka złośliwych i kąsatych myśli, ku przestrodze.
Skąd wzięła mi się ta cholerna niezależność? Znaczy - cholerna... No ok, świetnie, że jest. Tylko nie do końca wiem, czy nazwać to niezależnością. Niezależność jest spokojna i trwała. Ciągły strach, że ktoś wlezie z butami i zechce pokazywać palcem, że krzywo przywiesiłam ten obrazek albo nie podlałam kwiatów i mają sucho, a potem złość, że to się stało, bo przecież wystarczyło zamknąć drzwi i gościa nie wpuszczać - to nie jest niezależność. To jest zajebista chwiejność i brak asertywności. A nawet gdyby chcieć to nazwać pragnieniem niezależności, to czemu tak agresywnie reaguję, gdy ktoś po prostu zada o jedno pytanie za dużo? Nie ze wścibstwa, nie z prostackiej ciekawości - w sumie bez powodu? Może właśnie ta bezpowodowość mnie wkurza. Po co zadawać pytania, które nie wnoszą NIC, wielkie świszczące NIC? A ja jestem zobligowana do udzielenia odpowiedzi, bo jeśli tego nie zrobię, to dostanę 4 następne dotyczące tego samego, na zmianę z tymi z kategorii: "Czy wszystko ok?". Aż chce się odpisać - byłam w klopie, troszkę mi się zeszło, wiesz, ciężki obiad.

Niepotrzebnie się złoszczę, wiem. Co więcej, pisząc to podjudzam się i nakręcam. Dlaczego nie potrafię wytłumaczyć siebie i swoich reakcji, zachowań spokojnie. Dlaczego reaguję agresją, gdy ktoś nie rozumie? Przecież może nigdy nie spotkał kogoś tak dzikiego jak ja, może trzeba poświęcić trochę czasu, by się ze mną oswoić i żebym ja oswoiła się z tym kimś. Może dlatego, że z góry stwierdzam, że nie zrozumie. Może dlatego, że niby jak ma zrozumieć ktoś "obcy", skoro nie rozumiem ja.

Wczoraj weszłam do swojego mieszkania, dotknęłam ścian, które zostawiły pył na moich dłoniach i poczułam, że chcę sama. Nie jakieś puste: "Nie chcę być z nikim", by następnego dnia udawać/pokazać, że zależy, napisać SMS, przytulić, wziąć za rękę. A zresztą, nie mnie oceniać takie zachowania.
Prawdziwe sama. Prawdziwe, zgodne z moją idealizującą naturą, czyste oczekiwanie na to, co moje. Wtedy będę umieć osiągać kompromis, który nie będzie przeze mnie rozumiany jako rezygnacja z cząstki siebie, nie będzie porażką, za którą w tej chwili biorę każdy, na jaki muszę pójść. Hm. Właściwie nie idę na żaden. Czy to naprawdę takie trudne, żeby naturalnie się w kimś zakochać? W taki czysty, prosty sposób? Czy mój czas minął wraz z pierwszą miłością? Następnej nie będzie? Pewnie powinnam dać szansę. Ok. A kiedy jest ta granica, poza którą szansa jest gwałtem na sobie? Na swoich potrzebach, na pragnieniach?

Nie wiem, co chciałam wyrazić w tym poście. Jakieś wylanie emocji, nawet jeśli są negatywne, a ja przecież tak bardzo ich nie lubię. Niepotrzebnie chyba. Monika powiedziała mi kiedyś, że tak bardzo unikam swoich negatywnych emocji, że tak się złoszczę na siebie, gdy są, a przecież powinny być. To proste, dążę do szczerości wobec samej siebie, a nie umiem przyjąć, że szczera jestem też w złości. No więc w imię tego piszę ten post, złość mą wylewam.

Ciekawe.
Jakoś nie jest lżej.

piątek, 25 września 2009

In my place

Piszę ten post o kilka tygodni za wcześnie, ale jestem tak szczęśliwa, że trudno to wyrazić. Po prostu roznosi mnie energia. Otóż, odebrałam dziś moje mieszkanie. Moje piękne, słoneczne 43 m.kw. Czeka mnie teraz mnóstwo prac wykończeniowych, ale to naprawdę mało ważne... W końcu moje miejsce, moje, moje... To będzie dobry czas:)

Zawsze bałam się zmian i ciężko przechodziłam te, które otarły się o moje życie. Teraz czuję, że będzie dobrze, bardzo dobrze. Jak z pracą w Instytucie. Zobaczyłam ogłoszenie i wiedziałam, że oto jedyne, co powinnam zrobić, to złożyć CV i przyjść na rozmowę. Reszta jest już postanowiona - to jest praca dla mnie. To miejsce jest moje i to w momencie, gdy został ogłoszony konkurs. I zapewniam, że więcej tu metafizyki niż układów. Tych drugich właściwie w ogóle nie było. Pracę mam od kilku miesięcy, jestem szczęśliwa. Przemilczę kwestie personalne, które wiele utrudniają, ale jeszcze nie sięgnęłam dna swej bezsilności, więc dam radę. Nie jestem z tym sama, na szczęście. "Silnia" jest kilka pięter niżej;), a władza właściwa zaraz za ścianą. Nawet to dziś jest kolorowe:)
Wracając - tym razem znów czuję , że będzie jak wtedy, jak w lutym. Zmiana pracy na tę, o której zawsze marzyłam, pozostawienie za sobą tego, co trzeba było wyrwać z duszy, by pójść dalej. Wspólna ścieżka się skończyła. Krok dalej. Teraz następny. Czuję, jakbym zaczynała od nowa. Niejako zaczynam. Zaczyna budować swoje życie w nowym miejscu.
Lubię symbole, granice, znaki. To również jest cezura.

Hm. Ciekawe, czy gdy urządzę już wszystko naokoło siebie, w środku też wszystko zacznie pasować.


"In my place, in my place..."

środa, 16 września 2009

Wino truskawkowe

Byłam wczoraj na filmie Wino truskawkowe.
Wiecie co... tu już nawet nie chodzi o góry, które ukochałam jak mało co. Nie chodzi nawet o Duklę i okolice, które miałam okazję poznać w marcu, a które wciąż gościły na ekranie i zadziornie przypominały pierwszy dzień wiosny spędzony w starej połemkowskiej chacie. Pamiętam, jak obudziłam się rano, a na zewnątrz było mnóstwo śniegu - dziewiczy, naruszony tylko przez ślady zajęcy bądź innych dzikich nie śpiących w zimie zwierzątek. I to oślepiające słońce.

A film urzekł. Tę "recenzję" zacznę typowo po polsku, "na negatywa". Otóż, nie sądziłam, że w Polsce można robić TAKIE filmy... Że są ludzie, którzy potrafią robić takie zdjęcia, stworzyć klimat, prawdziwy realizm magiczny "Opowieści galicyjskich" Stasiuka, i nie otrzeć się o "Plebanię". Dawno nie widziałam tak świetnego filmu.

Tomek "Nosferatu" Beksiński powiedział kiedyś, że scena miłosna z filmu Adwokat diabła była najlepszą, jaką widział w kinie. Zależy oczywiście jakie kto ma wymagania i co dla kogo jest "najlepsze" w scenie miłosnej, ale... tam była czarna, opętańcza, na granicy szaleństwa. W Winie truskawkowym była zmysłowość. Taka z akcentem na miękkie spółgłoski, taka szeptana, opowiadana ciepłym oddechem mokrym plecom i splątanym, schnącym włosom. Z dreszczem na karku, ze zbielałymi kostkami na dłoniach, z miękkim słońcem próbującym spojrzeć w oczy mimo zamkniętych powiek...


wtorek, 15 września 2009

***

"[...]I tylko jesienią zdołasz poznać ideoplastykę
snu, co wyrasta na zboczach powietrza:
in girum imus nocte et consumimur igni
(w koło idziemy nocą i trawi nas ogień)."


Andrzej Sosnkowski, Jesień