niedziela, 3 maja 2015

z okna

Każdego niemal ranka, ok. 7.40. Balkon na 2. piętrze, od ulicy, dobrze widoczny z okien autobusu. Niewielki, dwa krzesła naprzeciw siebie, ciasno. Popielniczka, kubek z kawą (lub czymś innym, nie wiem przecież na pewno, a jednak nie może być inaczej). Siedzą oboje. W średnim wieku, w szlafrokach lub dresach. Ona taka zwykła, siwa lub żółta blondynka. Męska. Chyba niezbyt delikatna. On też kanciasty, surowy. Rozmawiają. Zawsze, nawet jeśli jest zimno, są.
Miły widok. Budujący.

A potem pomyślałam, że może ona krzyczy na swoją chorą i zniedołężniałą matkę staruszkę, a on był zawsze surowy i nie przytulał swojego syna. Że może rozmawiają przy tej kawie i papierosie o sąsiadach, odsądzając ich od czci i wiary, bo nie żyją tak, jak według nich należy.
On kiedyś kopnął psa.
Ona uderzyła w twarz nastoletnią córkę.