poniedziałek, 12 stycznia 2009

sobota, 10 stycznia 2009

I co....

teraz. Masz sobie tę swoją upragnioną wolność, to odcięcie się od wspomnień, które wstrzymywały, które nie pozwalały ruszyć z miejsca, które wracały w momencie najmniej odpowiednim, zaskakiwały, a przecież sama je przywoływałaś. Masz więc tę wolność i cieszysz się nią. Jeszcze może nie w pełni, jeszcze jej troszkę nie dowierzasz. I tu tkwi Twój błąd. Czujesz ją, jest o krok, wypełnia Cię, prawie po brzegi, a Ty oglądasz ją z niepokojem i próbujesz oswoić. Ech, Twój sposób. I zastanawiasz się wciąż, co teraz z nią zrobić. Tak, widzisz możliwości, jakie Ci daje. Czujesz je wyraźnie, namacalnie. Jesteś w stanie wyobrazić sobie wszystko, co tylko teraz z Twoim życiem możesz uczynić. Może.... może nawet nie wszystko, bo "wszystko" powoli będzie się stawać. Możesz wyobrazić sobie "wiele".
Cudownym uczuciem jest właśnie ta świadomość, ta możliwość wyobrażenia. Ale... nie wolno się tu zatrzymywać. Bo znów nie idziesz dalej, tylko tkwisz. Etapy, które pokonujesz, są jak półpiętra. Na każdym, jakie osiągniesz, najpierw jest emocja, która Cię zupełnie zniewala. Negatywna, lepka, ciemna - klei się do Twojej skóry i Twoich myśli. Zmywasz ją czystą słoną wodą albo próbujesz zakryć, zatuszować intensywnym zapachem, nie Twoim, nie z Ciebie. Ukrywasz się. Uciekasz. Albo pozytywna - zdobywa Cię, ogarnia, nawet nie otula jakimś przyjemnym miękkim ciepłem, raczej... oślepia. Ogrzewa. Rozgrzewa. Rozpala. Zapala. Do walki. O siebie, o swoje pragnienia. Widzisz możliwości, widzisz tak jasno, tak dokładnie, jak w krystalicznym powietrzu podczas mroźnego, słonecznego, zimowego dnia. Ale...
Ale rozsiadasz się na tym półpiętrze, rozkładasz pościel, ustawiasz książki, świece. No i koniecznie musi być komputer. Tworzysz sobie mały światek. Zagnieżdżasz się w nim. I nawet nie chodzi o to, by go dobrze poznać, by odkryć każdy jego zakamarek, każdy kąt, każdą rysę na ścianie i strukturę framugi okna. Jeśli rejestrujesz te fakty, to jakoś ot, poza Tobą się to dzieje. Miejsce to w Ciebie zapada, zakorzenia się. Jeżeli zachodzi jakaś zmiana, natychmiast ją zauważasz. Aż kłuje Cię w oczy. Ale spostrzegawczość zawsze była Twoją zaletą i dziwactwem. Zaletą dla Ciebie, dziwactwem dla innych.
Mieszkasz sobie na tym półpiętrze, a właściwie żyjesz tam, z dnia na dzień, z chwili za chwilę. Wmieszkujesz, wżywasz się w to miejsce, choć to ma być etap. A Ty oswajasz to swoje życiowe półpiętro i zamiast je wykorzystać najintensywniej jak potrafisz, wycisnąć z niego wszystko, co najważniejsze, esencję, znaleźć powód, dla którego tu jesteś, dobrze go zrozumieć, a potem zobaczyć w tym powód, by pójść dalej, wyżej, przyjmujesz je jako stan. I przyglądasz mu się nie w chwili, gdy widzisz jasno i przestrzennie, ale gdy zaczyna Cię dusić i stwierdzasz, że się troszkę zasiedziałaś i pośladki Cię już bolą. I że czas zmienić pozycję. Uświadamiasz sobie wtedy, że spierdoliłaś kawał czasu. I co wtedy robisz? Wtedy chcesz myśleć szybciej i intensywniej. A najlepiej to już natychmiast wiedzieć. I wynosisz się w pośpiechu, byle wyżej, niekoniecznie zabierając wszystko ze sobą z tego miejsca, gdzie byłaś. A powszechnie wiadomym jest, że jak już się czegoś zapomina, to najczęściej są to rzeczy najważniejsze. Nie tak, nie tak...

Przyłapałam się wczoraj na ustawianiu książek o marzeniach na moim nowym półpiętrze. "Sto lat samotności", "Miłość w czasach zarazy", "Mistrz i Małgorzata", "Lalka". No i ukochane słowniki. Też mieszkają w nich marzenia.
Zatrzymałam się w pół gestu. "Nie. Nie zostanę tu długo" - pomyślałam spoglądając w górę schodów.

czwartek, 1 stycznia 2009

[...]

Opowieść trzeba zacząć.
Od początku najlepiej. Tylko... gdzie początek? Gdzie go szukać? W którym momencie wstąpiłam na ścieżkę, której, z mniejszym bądź większym powodzeniem, trzymam się do dziś, a na pewno mam zamiar doskonalić ją nieustannie? Hmm... chyba w momencie, gdy samotność zaczęła smakować jak pierwsze truskawki. Albo nawet nie - jak pierwsze cierpkie wiśnie, których sok plamił krwawo palce. Gdy uwolniona, uniezależniona od czyjegoś sposobu, od czyjejś tendencji do pokazywania palcem i to jakoś zawsze błędów, zwróciłam się do siebie. Puste mieszkanie, wymarzona, wypragniona, wypłakana samotność i butelka wina. I "Death and the healing" cały wieczór...

Opowieść.
Opowieść o słowach opętanych przez zmysły, o emocjach burzących ustalony porządek, choćby był to jedynie ład własnych, gładkich, znanych i przewidywalnych myśli. Opowieść o pytaniach, na które się czeka i których się boi. Czeka, bo budzą, trącają swym zadziornym znakiem zapytania poprzedzonym wielokropkiem. Boi, bo uchylają drzwi. A ja znam te drzwi. Miałam świadomość ich istnienia. I siedząc w ciemnym korytarzu pewnie nawet na nie patrzyłam. Nie sądziłam jednak, że da się je otworzyć. Ileż działań trzeba, ileż gestów trzeba wykonać, zanim po prostu naciśnie się klamkę. Trzeba wstać. Podeprzeć się o ścianę bądź podłogę. Częściej jest to podłoga. Zmusić mięśnie to uległości, przesłać im wiadomość. Gdy posłuchają, podnieść się i otrzepać zabrudzone ubranie. Przyzwyczaić wzrok do mroku, który panuje w pomieszczeniu - jakby dopiero po przebudzeniu. Rozejrzeć się wokół. Wymierzyć odległość - ile kroków zajmie mi przemierzenie tego korytarza? Dwa? Trzy? Jeśli więcej, to może nie warto... Tak, nie raz i nie dwa wracałam na znane i wysiedziane miejsce pod ścianą, bo zdawało mi się, że te kilka kroków to zbyt dużo. Chciałam już, natychmiast. Choć wiedziałam, że ta droga jest potrzebna, że to część, że bez tego się nie da. Że nikt jej za mnie nie przejdzie. Wracałam i pytałam samą siebie i innych - czemu te drzwi są tak daleko? Czemu nie mogę znaleźć wyjścia? Czemu nie potrafię wstać? Czemu paradoksalnie jest mi tu tak wygodnie, choć dusza rwie się z tego miejsca, bo wie, że nie tu przynależy?
"Prześpij się jeszcze, jutro spojrzysz na to inaczej".
"Ale o czym Ty mówisz, tu jest tak dobrze, zobacz. Wygrzałaś sobie to miejsce, dopasowałaś się do niego, jest idealnie wygodne".

"Nie zgubiłaś się. Jesteś tutaj. To Twoje 'Nigdziebądź'. A teraz dokonaj wyboru. Wstań. Wiem, jest ciężko. Dlatego wyciągam do Ciebie dłoń. Ale to Ty decydujesz. Strach albo Miłość."

Kilka prób. Kilka pewnych myśli - tak, to tu, to już, nareszcie! I bolesny upadek, gdy nastaje samouświadomienie, że to jednak jeszcze nie to.
"Tylko wydaje Ci się, że jesteś wolna, to tylko złudzenie. Zobacz ile rzeczy ma na Ciebie wpływ. Zobacz ile jeszcze zależności."
Nie daję rady... Krok w tył.

Po chwili wściekłość. Nawet nie złość i nie łzy na samą sobą. Wściekłość - przecież umiem, przecież to wiem. To tylko wybór. Zostać w pół drogi czy iść przed siebie. Litować się nad sobą czy przejść dalej, poza.

Może tak właśnie musiało być, że gdy już byłam tak blisko, gdy sięgałam dłonią po klamkę, nagle w korytarzu zrobiło się jeszcze ciemniej niż do tej pory. I nawet nie dlatego, by uniemożliwić mi przejście dalej. Tego nie udałoby się dokonać nikomu.

Jestem poza. Wybrałam.

[Love]
Close your eyes, listen to your heart beat
Surrender to its soothing pulse
Silence the cries, gentle and carefree
Good or bad, true or false...

You're not alone

You'll find me here whenever they oppose you
I am the strongest of them all
No need to fear these feelings that enclose you
I'm here to catch you when you fall

You're not alone
I am here dancing to your tune



Dziękuję...

Wrześniowe wspomnienie


Zastanawiam się, gdzie rozpocząć tę podróż wśród bieszczadzkich wspomnień. W którym momencie już je czułam, już wiedziałam w jakiś metafizyczny sposób, że mnie przyjmą jak swoją, otulą tą mgłą sączącą się z zielonych wzgórz, ogarną, ukołyszą, uspokoją. Już chyba w busie do Sanoka, gdy tylko za Rzeszowem zaczynały się wyłaniać, opanowywać horyzont, potężnieć – już chyba wtedy zaczynałam się uśmiechać i czuć, że nie mogłam lepiej wybrać. Że w tym momencie mojego życia tylko one mogły do mnie dotrzeć, tylko wśród nich znajdę spokój, równowagę i … życie. Im było bliżej, tym bardziej coś we mnie rosło, jakaś jasność mnie opanowywała. Może już czułam, że pobyt tam zmieni moje życie? Świadomość ta kryła się gdzieś w cieniu rzęs, w kosmyku włosów wymykającym się z warkocza, w cichym westchnieniu, gdy patrzyłam do góry, na unoszącą się mgłę i pozwalałam, by deszcz osiadał mi na czole i wargach.

Miałam dylemat – Tatry czy Bieszczady? Pytałam znajomych, radziłam się. Chciałam wybrać odpowiednie miejsce, bo to miał być wymarzony czas, wykorzystany w maksymalny sposób. Chciałam wziąć dla siebie jak najwięcej z miejsca, gdzie się znajdę. Zagarnąć jak najwięcej zapachów, kolorów, smaków, wrażeń. Potrzebowałam czegoś, co przywróci mi życie, co mnie obudzi z tego marazmu, który pajęczynami absurdu oplótł moje życie, moją codzienność i conocność. Nie miałam celu, planu, ścieżki. Niby ją widziałam, niby czułam, a jednak wciąż była tak bardzo daleka. Albo to ja byłam daleko od niej. Bo wiesz jak to jest? Taka ścieżka, dla każdego inna, dla każdego jego własna, naprawdę istnieje. Jest stworzona, a przynajmniej jej grunt, podstawa. Wszystko inne tworzysz Ty. Miejsce, przez które będzie biegła; widoki, które będziesz mijać stąpając nią w lekkim przyjemnym marszu; to, z kim będziesz nią kroczył; kto przejdzie z Tobą jedynie do następnego zakrętu, a następnie zejdzie na swoją, a kto chwyci Cię mocno za rękę i już nigdy jej nie puści, bo na Ciebie na tej ścieżce czekał przez całe życie. Ja taką ścieżkę zagubiłam. A może nigdy jej nie było? Pewnym jest, że w okresie życia, gdy tyle się zmieniło, gdy nagle pozostałam zupełnie samotna i zagubiona, musiałam gdzieś uciec. Gdzieś daleko, gdzieś, gdzie będę się czuła malutka, słaba, gdzie wszystko inne będzie mnie przytłaczać, ale w sposób, na który będę się godzić – nie agresywnie, jak co dzień w Lublinie, lecz łagodnie, cicho, niemal czule. O tym marzyłam. Chciałam się tak permanentnie zgubić, by za chwilę móc się odnaleźć. Odnaleźć się już taką, jaką siebie wymarzyłam – radosną, jasną, wypełnioną po brzegi uśmiechem. Chciałam w tym moim zatraceniu nagle stwierdzić, że już jestem skończona, zupełnie naga, czysta. Że nie mam już nic, prócz moich pustych dłoni i kilku marzeń. Bo tylko wtedy mogłabym zacząć naprawdę budować. Na nowo, od podstaw. Budować siebie, swoje życie, swoją ścieżkę. Ona jest najistotniejsza.

Po przyjeździe do Dołżycy, do „Cienia PRL-u”, przepłakałam całą noc. Z żalu, z emocji, z tęsknoty, z samotności. Nie znam konkretnego powodu swoich łez. Ale były, wyrywały się ze mnie, dusiły i oczyszczały. Obudziłam się rano. Czystsza. Bardziej pusta, ale właściwie równie dobrze można powiedzieć, że nie była to pustka w jakimś pejoratywnym znaczeniu – raczej była to przestrzeń we mnie, jakaś próżnia przygotowana na przyjęcie nieznanego, a przecież od dawna oczekiwanego. Wiedziałam, że jest trop. Że z tym dniem mogę zrobić coś dobrego, coś wspaniałego, coś, po co tu przyjechałam. Zapragnęłam przestrzeni. Mimo chłodu – deszcz mi nigdy nie przeszkadzał, zawsze lubiłam moknąć – wyruszyłam w drogę. Termos z gorącą herbatą, mapa, zapas czekolady. Byłam gotowa. Najpierw spacer kilka kilometrów do Krzywego. Potem wspięłam się na jakąś górę. Było mokro, stromo, mgliście, zimno. Cudownie. Przemokłam, przemarzłam. Herbata nigdy nie smakowała mi tak bardzo, drzewa nigdy tak nie pachniały, mech nigdy nie był tak aksamitny, tak intensywnie zielony. Każdy dźwięk słyszałam wyraźniej, mocniej, bardziej w sobie. Każdy dotyk pnia drzewa – buk, tak? Każdy kamień, który czułam pod stopami, każdy głębszy oddech zimnego powietrza… Chłonęłam to wszystko tak, jak gdybym urodziła się tego ranka, a wieczorem miała umrzeć – jak najwięcej, jak najmocniej, jak najintensywniej. Wróciłam do ośrodka przemarznięta, przemoczona, przeszczęśliwa. Wiedziałam, że teraz już będzie tylko lepiej.

Na następny dzień zaplanowałam wyjazd do Wetliny na sławnego naleśnika i grzańca z jajem, o którym słyszałam za każdym razem, gdy mówiło się o Bieszczadach. Spóźniłam się na autobus. Źle chodził zegarek? Autobus przyjechał wcześniej? Nie wiem, nieistotne. Stałam kilka minut, deszcz siąpił, a ja zastanawiałam się co to. Znak? Nie powinnam jechać do tej Wetliny? Hmmm… może faktycznie lepiej iść w stronę Cisnej i dalej, tam jeszcze nie byłam. Chwila wahania. Dobrze, idę do Wetliny. Spojrzenie na mapę – ponad 20km. 4h i powinnam być na miejscu. Martwiło mnie, że mogę nie mieć jak wrócić, ale szybko odsunęłam tę myśl. Dam sobie radę. Byleby iść przed siebie i czuć ten zapach. To jest najważniejsze. Deszcz, wciąż deszcz. I cisza. Na tych Waszych zakręconych drogach mijało mnie bardzo mało samochodów. Ależ cudownie mi się szło. A potem się zatrzymaliście. Moja pierwsza myśl – „No nie, ja chcę iść, ja chcę spacerować”. A potem cofnęliście się i otworzyłeś okno i spytałeś, czy mnie nie podwieźć do Wetliny. "Tak..." A potem, po obiedzie, nie wiem cóż mnie podkusiło, by iść zobaczyć te pamiątki. Następny znak. Mogłam przecież kupić coś w Cisnej. Deszcz rozpadał się mocniej, było zimno, nie wiedziałam, o której mam jakiś autobus. Gdybym kierowała się logiką, po prostu wróciłabym od razu do Dołżycy. Ale dość było już logiki w moim życiu. Kierując się logiką i znanymi szlakami mało ciekawego w życiu się wydarza. Zawołaliście mnie, a ja miałam wahanie – przecież ja tam nikogo nie znam, nie wiem nawet jak się nazywacie, po co ja tam idę? Dostałam piwo w dłoń, przedstawiono mnie. Tyle radości w Was było, ten okrzyk, ognisko, tyle pytań – skąd jesteś? Na ile przyjechałaś? Nikt mnie tam nie znał i chciał się czegoś dowiedzieć. Niesamowite. Tak dobrze mi tam było… A potem zaproponowałeś, żebym została. Spojrzałam na Ciebie i powiedziałam – ale ja Cię znam od dwóch godzin, nic o Tobie nie wiem, jak mam Ci zaufać, gdzie ja będę spać? Pytania, pytania, pytania. Wciąż pytania. Bo wszystko chcę wiedzieć na pewno, na przyszłość. Jeden z głupich hamulców i jedna z blokad, których tak bardzo w sobie nienawidzę, a sama je sobie zakładam. Jedna z rzeczy, których w sobie nie akceptuję i z którymi chcę walczyć. I oto moment, gdy mogę powiedzieć sobie – „Chrzanić!”. I Twoje słowa – „Co będziesz robić w tej Dołżycy? Wrócisz i położysz się spać. Zostań z nami, będzie fajnie.” Uśmiech rozjaśnił się gdzieś we mnie i powiedziałam – „Dobrze.”

Może przeszkadza Ci, że wspominam o Tobie. Miało być przecież o Bieszczadach… Wiesz co? Jest. Bo Ty i one to dla mnie jedno. To dla mnie życie, które na nowo wlało się do martwych już niemal tkanek i żył. Twoja energia, ta niezwykła pozytywna aura, którą wokół siebie rozsiewasz… Piękno Bieszczad, ich dzikość i łagodność, ich czułość i potęga, ich rozległość i bliskość. Wszystko to zlało mi się w jedno wrażenie, jedną emocję, w której tysiące obrazów, kolorów, zapachów, ulotnych chwil. Zapach ogniska, który wciąż czułam na polarze, gdy wracałam do Lublina, mlecznobiała mgła, zielone wzgórza, niebo, mimo deszczu jasne, owce na łące, zimny deszcz na włosach i wargach, alkohol rozgrzewający wnętrze, głos Eli, Twój głos, Twój uśmiech… Każda z tych subtelnych, nieskończonych, pastelowych chwil układała się wewnątrz mojego serca, mojej duszy puszystą warstewką emocji, na które czeka się całe życie i znajduje w najbardziej pustym momencie swojego istnienia. Wtedy Cię wypełniają, rozjaśniają od środka w sposób, który widać na zewnątrz. U mnie objawiały się w sposób przypominający stan podgorączkowy – błyszczące oczy, zarumienione policzki, spieczone suche usta. Wracałam do domu następnego dnia, patrzyłam na siebie w lusterku i nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Tak chyba czuje się człowiek, któremu podano solidną dawkę endorfiny. Byłam do granic możliwości szczęśliwa. Zamykałam oczy, widziałam góry, widziałam mgłę, widziałam Ciebie, czułam wypełniającą mnie jasność. Miałam ochotę dotknąć swoich pleców i byłam niemal pewna, że poczuję, jak rosną mi skrzydła. Dlatego tak Wam dziękowałam. Pojechałam w Bieszczady uspokoić siebie i wrócić z planem, ze śladem ścieżki. Wróciłam pełna miłości do samej siebie i ludzi wokół i z dokładną topografią drogi, którą chcę stąpać do końca życia. Zaraziliście mnie otwartością, bliskością, radością. Pamiętasz ile się uśmiechałam u Dworaczków? Ten niezwykły nastrój, ci ludzie wokół, opowieści, deszcz za oknem, w środku gorąco, rozpalone policzki i gwiazdy w oczach. Najbardziej niezwykły i magiczny wieczór, jaki przeżyłam. Rozpaczliwe pragnienie, by każdą z chwil zatrzymać, nie zapomnieć, utrwalić. Patrzyłam na ludzi siedzących przy stole, słuchałam ich głosów, ich śmiechu, zapamiętywałam ich gesty, pojedyncze słowa, całe historie, które opowiadaliście. Chciałam by we mnie zapadły, utrwaliły się na zawsze…

Nauczyłam się uśmiechać. Dziękuję...





Wszechczasowe wieczory

Jest taki czas w roku, na który zawsze czekam. Czas zimowy, czasem śnieżny, ale zawsze, zawsze mroźny. I na swój sposób zaczarowany. Czekam na niego z niecierpliwością porównywalną do niecierpliwości dziecka wstającego rankiem w przeddzień Bożego Narodzenia i skradającego się na paluszkach do pokoju, w którym stoi choinka, by sprawdzić, czy osnuty tajemnicą Pan z Brodą przyniósł wymarzoną lalkę. Jest to czas magicznych wieczorów, kiedy człowiek obcuje z historią. I to niekoniecznie taką, której nie pamięta. Jest to historia ludzi, historia czasów, w których żyli, historia wydarzeń, które ich inspirowały, historia muzyki, którą stworzyli...
Zawsze zgaszone światła, zawsze jedna lub dwie migotliwe świece. I muzyka. Utwory znane na pamięć, słuchane niejednokrotnie każdego dnia. A jednak założenie tych muzycznych wieczorów jest takie, że nie sposób nie zatrzymać się nad utworem znanym od pierwszego do ostatniego dźwięku i nie stwierdzić - przecież.... przecież to jest piękne... A przy tym utworze tańczyłam w liceum z moją pierwszą miłością... A ten z kolei, mimo że do granic absurdu zgrany przez stacje radiowe, tu, w takim zestawieniu, odzyskuje swą świeżość pierwszego przesłuchania, pierwszego zachwytu.
I mimo że jest to lista, lista wszech-przebojów, naprawdę nie chodzi o to, by sprawdzać, kto spadł, kto skoczył w zestawieniu, a kto na pierwszym miejscu. Przynajmniej nie dla mnie. Jeszcze przez kilka ostatnich lat spisywałam notowania. Ale też nie po to, by każdego roku wyjmować z szuflady te z poprzednich lat i porównywać. Sprawiało mi przyjemność zapisywanie tych utworów, kaligrafowanie nazw zespołów, tytułów piosenek. Teraz już tego nie robię. Teraz zasłuchuję się i te wieczory mają dla mnie magię. Na kilka godzin jestem odcięta od świata. Tylko dźwięki i gorąca herbata z pachnącą pigwą albo nalewką wiśniową. Na te kilka godzin czas nie istnieje. Upływające minuty wyznaczane są przez kolejne utwory.
Nie razi, że obok siebie majestatyczny "Bema pamięci żałobny rapsod" Czesława Niemena i frywolne "Whole Lotta Love" Led Zeppelin. Wszystko to jest część naszego życia, tego bądź tamtego jego momentu.
Z przyjemnością odnotowuję też obecność nowych utworów, nie tych, które stworzono w latach 60. czy 70. - najlepszych czasach dla muzyki, jak zwykło się mawiać. Cieszę się, gdy słyszę "Again" Archive, "Alive" Pearl Jam czy "Leszka Żukowskiego" Comy. To znak, że te utwory uznajemy za ważne, tak ważne, że mogą znaleźć się obok "Show must go on" czy "The Unforgiven". Że oto wcale współczesność nie schodzi na psy. Że za naszego życia powstało coś, co nasi wnukowie nazwą klasyką. Unosi mnie to.

Trójkowy Top Wszechczasów.