sobota, 10 stycznia 2009

I co....

teraz. Masz sobie tę swoją upragnioną wolność, to odcięcie się od wspomnień, które wstrzymywały, które nie pozwalały ruszyć z miejsca, które wracały w momencie najmniej odpowiednim, zaskakiwały, a przecież sama je przywoływałaś. Masz więc tę wolność i cieszysz się nią. Jeszcze może nie w pełni, jeszcze jej troszkę nie dowierzasz. I tu tkwi Twój błąd. Czujesz ją, jest o krok, wypełnia Cię, prawie po brzegi, a Ty oglądasz ją z niepokojem i próbujesz oswoić. Ech, Twój sposób. I zastanawiasz się wciąż, co teraz z nią zrobić. Tak, widzisz możliwości, jakie Ci daje. Czujesz je wyraźnie, namacalnie. Jesteś w stanie wyobrazić sobie wszystko, co tylko teraz z Twoim życiem możesz uczynić. Może.... może nawet nie wszystko, bo "wszystko" powoli będzie się stawać. Możesz wyobrazić sobie "wiele".
Cudownym uczuciem jest właśnie ta świadomość, ta możliwość wyobrażenia. Ale... nie wolno się tu zatrzymywać. Bo znów nie idziesz dalej, tylko tkwisz. Etapy, które pokonujesz, są jak półpiętra. Na każdym, jakie osiągniesz, najpierw jest emocja, która Cię zupełnie zniewala. Negatywna, lepka, ciemna - klei się do Twojej skóry i Twoich myśli. Zmywasz ją czystą słoną wodą albo próbujesz zakryć, zatuszować intensywnym zapachem, nie Twoim, nie z Ciebie. Ukrywasz się. Uciekasz. Albo pozytywna - zdobywa Cię, ogarnia, nawet nie otula jakimś przyjemnym miękkim ciepłem, raczej... oślepia. Ogrzewa. Rozgrzewa. Rozpala. Zapala. Do walki. O siebie, o swoje pragnienia. Widzisz możliwości, widzisz tak jasno, tak dokładnie, jak w krystalicznym powietrzu podczas mroźnego, słonecznego, zimowego dnia. Ale...
Ale rozsiadasz się na tym półpiętrze, rozkładasz pościel, ustawiasz książki, świece. No i koniecznie musi być komputer. Tworzysz sobie mały światek. Zagnieżdżasz się w nim. I nawet nie chodzi o to, by go dobrze poznać, by odkryć każdy jego zakamarek, każdy kąt, każdą rysę na ścianie i strukturę framugi okna. Jeśli rejestrujesz te fakty, to jakoś ot, poza Tobą się to dzieje. Miejsce to w Ciebie zapada, zakorzenia się. Jeżeli zachodzi jakaś zmiana, natychmiast ją zauważasz. Aż kłuje Cię w oczy. Ale spostrzegawczość zawsze była Twoją zaletą i dziwactwem. Zaletą dla Ciebie, dziwactwem dla innych.
Mieszkasz sobie na tym półpiętrze, a właściwie żyjesz tam, z dnia na dzień, z chwili za chwilę. Wmieszkujesz, wżywasz się w to miejsce, choć to ma być etap. A Ty oswajasz to swoje życiowe półpiętro i zamiast je wykorzystać najintensywniej jak potrafisz, wycisnąć z niego wszystko, co najważniejsze, esencję, znaleźć powód, dla którego tu jesteś, dobrze go zrozumieć, a potem zobaczyć w tym powód, by pójść dalej, wyżej, przyjmujesz je jako stan. I przyglądasz mu się nie w chwili, gdy widzisz jasno i przestrzennie, ale gdy zaczyna Cię dusić i stwierdzasz, że się troszkę zasiedziałaś i pośladki Cię już bolą. I że czas zmienić pozycję. Uświadamiasz sobie wtedy, że spierdoliłaś kawał czasu. I co wtedy robisz? Wtedy chcesz myśleć szybciej i intensywniej. A najlepiej to już natychmiast wiedzieć. I wynosisz się w pośpiechu, byle wyżej, niekoniecznie zabierając wszystko ze sobą z tego miejsca, gdzie byłaś. A powszechnie wiadomym jest, że jak już się czegoś zapomina, to najczęściej są to rzeczy najważniejsze. Nie tak, nie tak...

Przyłapałam się wczoraj na ustawianiu książek o marzeniach na moim nowym półpiętrze. "Sto lat samotności", "Miłość w czasach zarazy", "Mistrz i Małgorzata", "Lalka". No i ukochane słowniki. Też mieszkają w nich marzenia.
Zatrzymałam się w pół gestu. "Nie. Nie zostanę tu długo" - pomyślałam spoglądając w górę schodów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz