piątek, 27 lutego 2009

Nocnie

Wiśniowy papieros wypełnia niewidzialną przestrzeń powietrza zapachem kadzidła.

Jutro koniec.
I początek.

A ja pomiędzy...

niedziela, 22 lutego 2009

This-integration

Wczesna pora bezsennej nocy.

Jestem Nocnym Stworzeniem. Sową. Uwielbiam spać, ale jednocześnie nie lubię układać się do snu zbyt wcześnie. Noc to moja pora. Tęsknię za witaniem letnich świtów. Już niedługo przyjdą...

Odczuwam chłód.

Niemal zawsze jest mi zimno. Moje dłonie są wciąż chłodne, a jakiekolwiek źródło ciepła przyjmuję z niedowierzaniem i nie zawsze wiem co z nim począć. A jednocześnie pragnę go wciąż.

Gorąca herbata paruje w białym kubku.

Uwielbiam herbatę. Odkrywam jej nowe smaki i nie, nie przepadam za owocowymi. Lubię je mieszać i tworzyć wyjątkowe, moje. Czarna, mocna z aromatyczną pigwą w słodkim syropie i sokiem z dzikiej róży (obiecałam). Earl Grey z kawałkami pomarańczy. Imbirowa z cytryną. Biała z kilkoma listkami zielonej. Rooibos z hibiskusem i rodzynkami.

Płomień czerwonej świecy.

Jedyne światło, któremu ufam. A przecież ogień to żywioł (spaliła się cała, a karminowy wosk spłynął na szkło stolika).

Cichy głos Roberta Smitha niepokoi prawdą.

"Remembering you/running soft through the night/you were bigger/and brighter/and whiter than snow/and screamed at the make-believe/screamed at the sky/and you finally found/all your courage/to let it all go."

Słucham siebie.

Coraz lepiej mi to wychodzi, coraz bardziej sobie ufam. Rozumiem siebie. Wiem, czego od siebie chcę i już tego nie wykrzykuję w złości, z poczuciem winy, z zarzutem. Szepczę to sobie do ucha (napełniam się spokojem).

This integration become from disintegration.

czwartek, 19 lutego 2009

Cure'acyjnie

Rok i jeden dzień temu na Torwarze również zaczęli od tego cudeńka...
Tutaj z innego koncertu, ze sławnego berlińskiego "Dark Trilogy".


sobota, 14 lutego 2009

Hyperici herbae extr.siccum 5,6:1

Z założenia miejsce to miało służyć mi niejako za dziennik pokładowy w podróży ku Mnie. Może nie dziennik, bo trudno doszukać się systematyczności w moich wpisach. Nazwałabym to raczej jakimś dorywczym świadkiem i nośnikiem wypisywania, wylewania, zaznaczania, odznaczania, znajdowania, gubienia i szukania śladów moich myśli. A ponieważ ja lubię wnioski i lubię do nich docierać, to także jakieś myślowe rezultaty miały tu być.
Będzie gorzko.
Nie ma ich. Znaczy - są, owszem. Ubrane w śliczne słowa, gładkie, płynne, ciepłe, miękkie. Nie zrobię już tak, nie pomyślę już w ten sposób, a od tej właśnie chwili życie me szczęśliwym będzie - mocno upraszczam, proszę o wybaczenie samą siebie.
Hm.
"Proszę o wybaczenie samą siebie..." Często to robię. Bardzo często. Lubię to tak swoją drogą. Wybaczać sobie. Zwłaszcza to, co wybaczenia niegodne. Wybaczenie - zrozumienie, do głębi, od podstaw każdą drobną cząstkę jakiegoś wydarzenia, każdy jej maleńki fragment, element, atom. Żeby nic ukrytym nie zostało. Tylko po co...?
Może po prostu za dużo myślę. Albo o niewłaściwych sprawach.
Nie mam dla siebie właściwych słów. I w odurzająco durny sposób pytam o siebie innych. I słyszę o sobie, chętnie się o mnie wypowiadają (gdybym miała lepszy dzień, uśmiechnęłabym się do myśli, że to dobrze, że zdobywają się na jakąś głębszą refleksję nade mną, to znaczy, że jestem dla nich ważna w jakiś sposób, że zajmuję ich myśli). Natomiast słysząc coś o sobie, znajdę przynajmniej kilka argumentów, by obalić ich teorię. Hm. To w sumie nie jest tak źle, to znaczy, że mam o sobie jakieś zdanie. Szkoda tylko, że ta moja opinia opiera się na negowaniu opinii innych.

Tak Erqu, nie jestem przydatna sobie w ten sposób.

W końcu coś wybuchnie...

poniedziałek, 2 lutego 2009

In Theater of Dream

Dziś w nocy śniła mi się Miłość.

Zabarwiała na pastelowo wrażenia, łagodziła ostre krawędzie na wpół zanurzonych w wdzierającej się jawie świadomych myśli, delikatnie układała włosy na poduszce...

Dotykała dłoni delikatnymi smukłymi palcami. Tańczyła z nimi w miękkim, stawiającym ciepły opór powietrzu. Otulała oddechem rzęsy, śniące brwi, zdumione, rozchylone usta.
Otoczyła ramionami drobne plecy, zarysowała linię szyi miękkimi wargami, wpiła się we włosy odsłaniając kark...

A potem wyszła cicho, zostawiając zapach i na wpół otwarte drzwi.