poniedziałek, 28 listopada 2011

P.7

Potrzebowałam sukcesu. Moje granie potrzebowało podsycenia. Nie, zapał nie mija, mimo znienawidzonego już prawie Chaczaturiana. Ale właśnie po męce z tym utworem (a przecież nie jest trudny, wiem to; problem leży zdaje się w traumie fortepianowej, którą przez niego przeszłam, i teraz już nie umiem podejść do niego bez niechęci) potrzebowałam odskoczni, jakiegoś małego sukcesu, drobnej satysfakcji, żeby się upewnić, że potrafię, że się nauczę. No i w ten sposób w sobotę nauczyłam się grać kolędę. Kilka taktów, ale własnoręcznie przeze mnie przepisanych z internetu do zeszytu w pięciolinię, własnoręcznie opisanych (opisuję sobie nuty, bo nie czuję się jeszcze bezpiecznie bez tego) i zagranych. Naprawdę zagranych. I brzmią, jak powinny! A oprócz tego sama ustaliłam sobie kolejność palcowania, co mnie zawsze przerażało. To jednak nie jest trudne. Dziś zabieram się do "Gdy się Chrystus rodzi":)

środa, 16 listopada 2011

P. 6

Moje załamanie woli przedłużyło się trochę. Klawisze omijałam z daleka, zbierały jedynie kurz i uniemożliwiały spożywanie posiłków przy stole, na którym leżą. Bywały momenty, że winiłam siebie za słomiany zapał, nie obyło się oczywiście bez delikatnego poniżania. Zmuszałam się do ćwiczeń, ale wychodziła mi tylko gama obiema rękami i legato (jako tako). Chaczaturian natomiast nadal straszył i choć grałam według nut, wychodziły jakieś brzdęki nie mające nic wspólnego z pięknym, płynnym tańcem po klawiaturze. Ani ja nie wyglądałam jak eteryczna pianistka o alabastrowych łopatkach i ramionach, wręcz przeciwnie - siedziałam zgarbiona nad klawiszami, ze słuchawkami na uszach, bym tylko ja mogła słyszeć nieszczęsności, w które układały się wydobywane przeze mnie dźwięki. Wydawało mi się, że jest źle, że jest wolno, nieudacznie. Stwierdziłam już nawet, że może wybitnie nie mam predyspozycji, by grać na fortepianie. Ciążyła mi ta świadomość jak tornister 8-latka. Do wczoraj. Powiedziałam K. o wszystkich tych moim pomyślunkach, a ona stwierdziła, że ten utwór, trwający niecałe 2 minuty, zaplanowała na 3 miesiące. Nie dlatego, że jestem wyjątkowo tępa i taki czas obliczyła dla moich predyspozycji intelektualno-manualnych, ale dlatego, że tyle trwa nauka takiego utworu na samym początku, a zwłaszcza przy naszej częstotliwości spotkań. I że nie wolno mi myśleć, że po kilkunastu zaledwie lekcjach powinnam potrafić zagrać płynnie i nienagannie. To jest wpędzanie się w jakieś "muszę" albo "powinnam", a przecież wszystko to robię dla przyjemności, czyż nie? Trochę mi naprostowała w głowie. Od razu lepiej się poczułam i stwierdziłam, że muszę podchodzić do tej nauki nie ze strachem, ale z rozumem - nie od razu nauczyłam się pisać i czytać jako kilkuletnie dziecko, nie od razu nauczę się grać. Czas i ćwiczenia, zero stresu. Tak ma być.