poniedziałek, 28 listopada 2011

P.7

Potrzebowałam sukcesu. Moje granie potrzebowało podsycenia. Nie, zapał nie mija, mimo znienawidzonego już prawie Chaczaturiana. Ale właśnie po męce z tym utworem (a przecież nie jest trudny, wiem to; problem leży zdaje się w traumie fortepianowej, którą przez niego przeszłam, i teraz już nie umiem podejść do niego bez niechęci) potrzebowałam odskoczni, jakiegoś małego sukcesu, drobnej satysfakcji, żeby się upewnić, że potrafię, że się nauczę. No i w ten sposób w sobotę nauczyłam się grać kolędę. Kilka taktów, ale własnoręcznie przeze mnie przepisanych z internetu do zeszytu w pięciolinię, własnoręcznie opisanych (opisuję sobie nuty, bo nie czuję się jeszcze bezpiecznie bez tego) i zagranych. Naprawdę zagranych. I brzmią, jak powinny! A oprócz tego sama ustaliłam sobie kolejność palcowania, co mnie zawsze przerażało. To jednak nie jest trudne. Dziś zabieram się do "Gdy się Chrystus rodzi":)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz