wtorek, 24 sierpnia 2010

Carrefour

Pójść do Carrefoura w samo południe, gdy wszystkie emerytki i panie domu wylegają do supermarketów, by kupić kiełbaskę, ćwierć arbuza, 4 ziemniaki, albo nawet kartofle, i płyn do mycia naczyń w promocji, to przeżycie wyjątkowe. Spotkać można panią buntowniczkę, która z koszykiem napakowanym po łokcie stanęła do kasy do 5 produktów i uparcie twierdzi, że nie widziała, a teraz nie będzie już zakupów zbierać. W sytuacji tej daje się też poznać nieprzebłagana pani kasjerka, która twierdzi, że to nie jej wina. Wśród tego przekroju polskiego społeczeństwa konsumentów spotkać możemy też panią, która mieszka za rogiem, a do Carrefoura przychodzi nawet po paczkę zapałek, sprawdzając przy tym dokładnie paragon, czy jej nie okpili o 6 groszy. Do tego zna panią kasjerkę-służbistkę. Udało jej się dziś znaleźć oszustwo - PUR był w promocji, a ona zapłaciła drożej. Przepychając się przez kolejkę do znajomej kasjerki, opowiada każdej babuleńce, która raczej uśmiecha się grzecznie, niż cokolwiek rozumie, o tym, że tu błąd znalazła, że kto inny by nie zwrócił uwagi, ale ona zawsze paragon sprawdza. Załatwiwszy sprawę, przechodzi przez tłum czekających na podliczenie zakupów i uśmiecha się niby uprzejmie, niby współczująco, a na pewno triumfalnie, będąc przekonaną, że wszyscy są pełni podziwu dla jej spostrzegawczości i dążności do sprawiedliwości na tym świecie. I na pewno myśli, że każdy, ale to każdy chciałby być w jej sytuacji. Że każdy zazdraszcza. Jest gwiazdą carrefourowego parkietu, wszystkie światła jarzeniówek skierowane są na nią, a drzwi otwierają się przed nią z należną czcią, choć od powstania marketu są automatyczne.

Trochę sarkazmu w ten lepko słodki dzień.
Rude włosy budzą we mnie suczyzm.