poniedziałek, 30 marca 2009

Enneagram

Zwykły test. Na pierwszy rzut oka jeden z tych, co to na podstawie kilku odpowiedzi uzurpują sobie prawo do określenia Twojej osobowości. Ot. 36 pytań, które mogą irytować, śmieszyć, zastanowić. Jakiś czas temu poświęciłam 15 minut, żeby taki test rozwiązać. Został mi polecony przez koleżankę z zastrzeżeniem - "zapewniam Cię, że to nie jest zwykły test". No ok.
Zostałam określona przez magiczną machinę losującą jako Rozjemca-Marzyciel. Z każdym zdaniem charakterystyki mojego typu schodziło ze mnie powietrze. Ale... jak to możliwe...? Przecież ja odpowiedziałam tylko na kilka pytań... Przecież... skąd tak dokładnie, tak trafnie, tak...
Zapomniałam o nim. A może wcale nie tak zupełnie, tak mi się wydawało...?
Niecały rok temu powiedziałeś mi o nim i rozwiązałam go znów. Z ciekawości. Znów 9w1. Rozjemca-Marzyciel. Zgadzało się jak wcześniej. Co w sobie lubię, czego nie, jak ze mną postępować.

Wczoraj wróciłam do niego przypadkiem.
Test rozwiązałam ponownie. Nie wiem czemu, przecież robiłam to już 2 razy, co mogło wyjść inaczej? Ale nawet nie z tą myślą odpowiadałam na pytania. Czytałam je i słuchałam siebie tak uważnie, jak pozwalał mi na to szum gorączki. Pytania przestały być łatwe. Nie zapamiętałam ich jako tak ... potrzebujących czasu. A teraz go wymagały ode mnie.
Wynik mnie zaskoczył. Zupełnie. Bo i zupełnie inny był...
Indywidualista-Włóczęga. 4w5.
Nawet nie przeciwieństwo. Inny punkt, inne miejsce, inny sposób spojrzenia niż Rozjemca-Marzyciel.
Czy to ja się tak zmieniłam? Przecież to niecały rok...
Kiedy nie byłam ze sobą szczera - wcześniej czy teraz. Nie teraz. Bo teraz wszystko, czego od siebie wymagam to szczerość do granic. Wobec siebie i swoich uczuć.
Więc Włóczęga...?
Ewolucja? A w tę stronę właśnie?

wtorek, 17 marca 2009

Księżycowo



Ostatnio usłyszałam od kogoś, że jestem smutna. Nie akurat w tej chwili, w której ta osoba mnie spotkała. Po prostu. Z reguły. Że taki obraz mnie jej się jawi. A zna mnie właściwie tylko stąd.

Tu nie miało być smutno. Miało być po mojemu. A przecież... czy smutną można określić moją osobowość?

Lubię to miejsce. To ja o nim decyduję. To siebie tu umieszczam. I wciąż dążę do tego, by pisać nie mając wciąż na uwadze, kto będzie to czytać. Dążę do szczerości wobec własnych uczuć i myśli bez względu na innych. Owszem, można uważać, że moje metaforyczne opisy i poetycki język są właśnie po to, by nie powiedzieć wprost, by każdy rozumiał jak chciał, a ja mogę się tylko uśmiechnąć pochylając głowę, bo wiem swoje. A może ja inaczej nie potrafię? Tylko tak mgliście i "barokowo"? Hm. Coś przyszło mi do głowy... Troszkę wkroczmy w zakres kompetencji psychologa osobowości, czemu nie: może to moje metaforyzowanie to jakaś nieświadomy płaszczyk ochronny? Mówię o czymś, ubieram w słowa, które są mi najbliższe, najbardziej stamtąd pochodzące skąd i uczucia, które nimi nazywam. A może nazywam je tak, a nie inaczej, bo są "inni"? Nieświadomie?

"Dziękuję, że piszesz. Dzięki temu dowiem się kim jesteś."
Nie.
JA dowiem się kim jestem. Nie wbrew wszystkiemu, nie na przekór, nie przeciw komuś. Spokojnie, powoli i według moich reguł.

A smutna?
Wolę to określać melancholią. Ale nie jest ona zła. Nie krzywdzi mnie.
Lubię zatrzymywać się nad sobą i nad otaczającą mnie rzeczywistością. Ale to wcale nie oznacza, że zostaję w tyle.

piątek, 13 marca 2009

M....?

Nigdy nie przyszło mi tak trudno napisanie tekstu.
Zabierałam się do niego od tygodnia niemal, wersji jest już kilka.
Zastanawiam się skąd ta trudność. Nierzadko, nawet jeśli szarpały mną myśli o skrajnych biegunach, że nie wspomnę o tym, co pomiędzy nimi, to jednak potrafiłam coś konstruktywnego z tego wysupłać. Umiałam odgarnąć na bok bałagan emocjonalnego chaosu i znaleźć, co najważniejsze. A teraz gubię się w co drugiej myśli. Jestem ze sobą zupełnie szczera - w co drugiej, jeśli nie w co trzeciej. Czyli nie jest tak źle. Niektóre z kotłujących się w mej głowie rozumiem. Jest się czego chwycić i według tego iść.
A może to zbyt trudny temat. Tak ważna kwestia w moim życiu, najważniejsza, a jednak tak mało dla niej odpowiednich, prawdziwych, godnych słów. Miłość.

Jak często mówiąc czy pisząc o Niej ocieramy się o banał czy wyświechtane, pachnące naftaliną sformułowania.
Hm.
Przyszło mi teraz na myśl, że może dlatego, że tylko o niej mówimy bądź piszemy. A gdyby czuć...? Wtedy dusza nie posiada granic a myśl - limitów. Można mówić najpiękniejszymi, najbardziej pachnącymi zgłoskami, można roztaczać aurę spokojnego szczęścia, nazywać stany, emocje, spojrzenia, a zamknąć się one umieją tylko w tym jednym imieniu...

I znów coś mnie trzyma... jakaś granica umiejętności. I chyba nawet nie w zakresie słownictwa. Znów zatrzymuję swe myśli. Patrzę na nie z niedowierzaniem, widzę ile emocji za każdą, jaka nieprzebrana ilość i jak bardzo trudno mi to ogarnąć. Wiem, że potrafię i nie rezygnuję, bo głupotą by to było. Dlatego teraz to piszę. Nawet jeśli nie skończę, nawet jeśli nie będzie umiłowanej pointy, nawet jeśli przerwę teraz....

niedziela, 8 marca 2009

poniedziałek, 2 marca 2009

Na(ł)zywanie

Próbuję zrozumieć jak to się dzieje, że moje emocje uchodzą ze mnie niemal zawsze jedną drogą. Nie mówię oczywiście o tych pozytywnych, tych cudownie jasnych i rozświetlonych. Te działają ze mną cuda w sposób jak najbardziej właściwy ich naturze. A jeśli... a jeśli jest coś, czego nie rozumiem, jeśli jakaś emocja zagnieżdża się we mnie, zaprasza koleżanki i siedzą sobie przekrzykując jedna drugą i nie do mnie mówią, choć o mnie? A jeśli próbując usłyszeć, wyjąć sens, nakreślić zdania, odnaleźć logikę, słyszę jedynie pszczele brzęczenie i skrzypienie własnych synaps próbujących odróżnić co ważne, co dla mnie, a co pustym impulsem? Jeśli najpierw przychodzi uśmiech, naturalnie i w oczywisty sposób, a chwilę potem puste, choć do granic możliwości tłoczne i intensywne patrzenie w przestrzeń, najpierw pewność i pełność, swoboda i bezpieczeństwo (na tyle, na ile można czuć się bezpiecznym w zupełnie obcym środowisku), a następnie lęk, obawa i podejrzliwość przy każdym pytaniu, słowie, uśmiechu...? Wtedy nie mieszczę ich w sobie. A malutka nie jestem, choć mówiono o mnie i tak.
Nie mają się gdzie rozejść.
Tłamszą się, depczą po sobie, rozpychają łokciami, szarpią, rwą, kąsają, głaszczą okrutnie nieuważnie... A moja bierność i zadziwienie tym, co też ze mną wyprawiają, zdaje się być jedyną postawą, którą mogę przyjąć.
Zdaje się.
Bo zaraz potem przychodzi szloch.

Czasem myślę, że Mój Anioł nie ma do mnie siły. Siedzi skulony, ubrany na czarno, gdzieś wysoko, bo przecież ja mam lęk wysokości. I kręci z niedowierzaniem głową. Ale łzy to jego podarunek. Pozostawiają mi przestrzeń na emocje.