sobota, 21 listopada 2009

Spring to Kingdom Come

Lubię stwarzanie nowych rzeczywistości. Kilka słów, kilka skojarzeń, kilka pociągniętych za język myśli i powstaje nowy świat, w którym posługujemy się tym samym co wszyscy językiem, tymi samymi symbolami, a jednak dla wybranych "nas" jest to coś wewnętrznego, coś zamkniętego na klucz wyobraźni i skojarzeń, coś otwieranego uśmiechem lub odpowiednim słowem. Swego rodzaju intymność, wewnętrzność, alternatywność.

Chcę tu zostać.

piątek, 6 listopada 2009

Termometr

Kupiłam dziś termometr. I przeraziłam się.
Potrząsnęłam nim, żeby nie wskazał zawyżonej temperatury (nie wiem po co, jestem w pracy i przecież nie będę teraz jej mierzyć, zwłaszcza, że czuję się dobrze). Stwierdziłam, że nie mam go gdzie położyć. Po prostu, nie mam apteczki. Mam jakieś stare pudełko po butach oklejone kolorowym papierem, w którym trzymam witaminy, bandaż, wodę utlenioną i pozostałości leków po przebytych chorobach. Ale to nie jest apteczka. Nie mam domu. Moja przyjaciółka ma pudełko lekarstw, na każdą okazję. Jej córeczka ma gorączkę lub kaszle - zaraz wygrzebie jakiś Nurofen dla dzieci. Zawsze jest aspiryna, bo przecież nie wiadomo, kiedy zaatakuje przeziębienie. A ja nie mam nic.
Boję się, że przez całe życie żyłam jakoś. W domu rodzinnym wiadomo - o wszystko dbała mama, niczego nie brakowało i wiadomo było, gdzie co znaleźć. Potem, na przeróżnych stancjach, żyłam jak na planie filmowym, wokół była tylko scenografia. Połowy rzeczy, które chciałam kupić, którymi chciałam się otoczyć, nie kupowałam, bo stwierdzałam, że przecież to nie ma sensu, nie jestem u siebie. A teraz będę. I nie będzie wymówki. Boję się, że moja kuchnia nie będzie pachnieć ciastem drożdżowym, choć zawsze marzyłam, by pachniała. Boję się, że nie będę mieć firanek do samej ziemi i białej pościeli. Z lenistwa. Boję się, że nie stworzę domu... dla siebie, a potem (ewentualnie) dla mojej rodziny.
Mam tyle wyobrażeń, potrafię je upiększać coraz to inaczej, ale realizacja... Tak, czasem się udaje. Po jakimś czasie, nie od razu. Ale się udaje. Czasem...? Mówiąc szczerze, to zawsze. Prędzej czy później, ale zawsze. Kiedyś wspominałam, że jestem dzieckiem szczęścia i jest to prawda. Tylko że chyba trochę do tego przywykłam i brak mi cierpliwości. Chciałabym już i natychmiast, zamiast poczekać i zasłużyć (?).

Ot, pomarudziłam.

środa, 4 listopada 2009

Wrrr

Ech, jakaś zła jestem dzisiaj. Niby same dobre wieści ostatnio u mnie, a jednak dziś kąsam.
Bardzo nie lubię, gdy ktoś mi mówi, że coś muszę. Rozumiem, gdy to coś należy do moich obowiązków, choćby w pracy. Ale gdy próbuje mi się wmówić bądź udowodnić, że coś powinnam zrobić, bo to jest mi "przydatne" albo "potrzebne", to mnie szlag trafia. Ale chyba najbardziej nie lubię swej agresywnej złości na to czyjeś "powinnaś". Mówię - niepotrzebne i zamykam temat. Sama dbam o swój rozwój i sama decyduję, w którą stronę on zmierza. A złość na czyjeś próby dyskusji jest tylko potwierdzeniem, że jestem słaba.

Była niepotrzebna. Przepraszam.