piątek, 6 listopada 2009

Termometr

Kupiłam dziś termometr. I przeraziłam się.
Potrząsnęłam nim, żeby nie wskazał zawyżonej temperatury (nie wiem po co, jestem w pracy i przecież nie będę teraz jej mierzyć, zwłaszcza, że czuję się dobrze). Stwierdziłam, że nie mam go gdzie położyć. Po prostu, nie mam apteczki. Mam jakieś stare pudełko po butach oklejone kolorowym papierem, w którym trzymam witaminy, bandaż, wodę utlenioną i pozostałości leków po przebytych chorobach. Ale to nie jest apteczka. Nie mam domu. Moja przyjaciółka ma pudełko lekarstw, na każdą okazję. Jej córeczka ma gorączkę lub kaszle - zaraz wygrzebie jakiś Nurofen dla dzieci. Zawsze jest aspiryna, bo przecież nie wiadomo, kiedy zaatakuje przeziębienie. A ja nie mam nic.
Boję się, że przez całe życie żyłam jakoś. W domu rodzinnym wiadomo - o wszystko dbała mama, niczego nie brakowało i wiadomo było, gdzie co znaleźć. Potem, na przeróżnych stancjach, żyłam jak na planie filmowym, wokół była tylko scenografia. Połowy rzeczy, które chciałam kupić, którymi chciałam się otoczyć, nie kupowałam, bo stwierdzałam, że przecież to nie ma sensu, nie jestem u siebie. A teraz będę. I nie będzie wymówki. Boję się, że moja kuchnia nie będzie pachnieć ciastem drożdżowym, choć zawsze marzyłam, by pachniała. Boję się, że nie będę mieć firanek do samej ziemi i białej pościeli. Z lenistwa. Boję się, że nie stworzę domu... dla siebie, a potem (ewentualnie) dla mojej rodziny.
Mam tyle wyobrażeń, potrafię je upiększać coraz to inaczej, ale realizacja... Tak, czasem się udaje. Po jakimś czasie, nie od razu. Ale się udaje. Czasem...? Mówiąc szczerze, to zawsze. Prędzej czy później, ale zawsze. Kiedyś wspominałam, że jestem dzieckiem szczęścia i jest to prawda. Tylko że chyba trochę do tego przywykłam i brak mi cierpliwości. Chciałabym już i natychmiast, zamiast poczekać i zasłużyć (?).

Ot, pomarudziłam.

4 komentarze:

  1. Lubimy marudzić. Nie mamy cierpliwości i wszystko chcemy już. A przecież to co dzieje się z Tobą czy przez ostatnie miesiące ze mną jest naturalnym procesem jaki przeżywają miliony. Odchodzenie od dzieciństwa, beztroskiej młodości, dorastanie. Brzmi może zabawnie pisane przez kogoś w moim wieku ale ta dojrzałość polegająca na wzięciu pełnej odpowiedzialności za swoje życie pojawia się teraz późno. Pewnie w wyniku zmian społecznych - ludzie uczą się i uczą, usiłują samodzielnie się utrzymać ale często nawet jeśli dawno mieszkają poza domem są w jakiś sposób zależni od rodziny. Bo nie ma pracy, kasy, własnego mieszkania itd. Można mnożyć. A że młodość musi się ponoć wyszumieć to często jakoś nam się nie chce brać odpowiedzialności nawet za swoje życie.
    Obawa przed czymś nowym, kolejnym etapem jest naturalna. Nie dziwi nikogo, bo i każy ją przeżywa. A czy lenistwo nie pozwoli Ci na stworzenie Domu? Nie sądzę... Owszem trzeba mu przeciwstawić odpowiednią motywację. No i zwykle to wymaga czasu.
    Gdy w lutym wprowadziłem się do własnych ścian nie potrzebowałem niczego z wyjątkiem śpiwóru i karimaty. Do przeżycia wystarczyło. Potem przyszła kolej na talerze, sztućce - ale też zarzekałem się, że przecież wystarczy jedna łyżka, bo kto tu mieszka oprócz mnie? Pojawiały się jednak sytuacje, gdy trzeba było to zmienić - pamiętasz parapetówkę? Nawet stołu nie było. W końcu zacząłem zwozić swoje rzeczy, był remont, który choć jak sądziłem pierwotnie, jest mało potrzebny, to nadał temu miejscu nieco mojego zapachu. Przyjechały meble i cała reszta, mam wszystkie przedmioty jakie zgromadziłem w życiu. A jednak to jeszcze nie to. Z jednej strony brakuje jednak kapitalnego remontu - który by przekształcił to miejsce wg mojego pomysłu. Znów na przeszkodzie stoi kwestia prozaiczna - czas i pieniądze. Trzeba odczekać by je zebrać. Trzeba być cierpliwym. Zazdroszczę Ci dlatego, że masz nowe mieszkanie, od początku przemyślane i zasiedlone tylko przez Ciebie. Z drugiej budowanie domu tylko i wyłącznie dla siebie jest takie ... niepotrzebne. Znów wychodzi ze mnie minimalista. Ok, chce się mieć ładnie, wygodnie - ale przecież to tylko rzeczy. Wystarczy karimata, śpiwór. Mnisza cela. Bo dookoła pustka i cisza. Nawet gotować dla jednej osoby to tak się średnio chce, bo przecież można byle co zjeść. Ech, co innego, gdy się kogoś zaprosi, przyjmuje gości na "obiadach czwartkowych"...
    Trochę dlatego też sprowadziłem współspacza, bo oprócz korzyści finansowych spełnia też rolę takiego "zwierzątka domowego". Coś tam biega, coś tam się odzywa, dom nie jest pusty. Taka iskra życia. Facet zaczyna się starać by całość jakoś wyglądała, bo jednak widok skarpetek na żyrandolu, może przeszkadzać temu drugiemu.
    Ale nie o to przecież chodzi. Dom jest domem, a nie stancją, schroniskiem, gdy mieszka w nim Rodzina. A wg mych konserwatywnych poglądów 2 facetów i mysz rodziną nie są. Co ciekawe obserwujac kobiety widzę, że one potrafią o wiele lepiej niż mężczyźni wypełniać przestrzeń wokół siebie. Nawet mieszkając na stancji, w tymczasowej scenografii, zmieniają ją. I wpływają na facetów. Świetnie to widać jak mi się współspacz mobilizuje, gdy przyjeżdża jego kobita - swą norkę zamienia w Pokój. Albo gdy mogę przygotować kolację dla dwojga. Może właśnie przez to, że są nosicielkami tej iskry, od której zapala się ognisko domowe.
    Nie ma się co bać o zapach ciasta, chciałaś je piec już na wigilię u Pitera. Masz predyspozycje do tego. Domek stworzysz świetny. Gorzej ma facet, bo bez Pani jest niekompletny. :]

    OdpowiedzUsuń
  2. zawsze można zmierzyć temperaturę procesora w kompie. pójść do szefa i powiedzieć, że procesor się przegrzewa, więc konieczna jest przerwa w pracy:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Takich rzeczy uczą w białostockim Urzędzie Pracy? ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. to życie uczy... bezcenne...:)

    OdpowiedzUsuń