czwartek, 1 kwietnia 2010

czwartek, 1 kwietnia 2010 roku

Ale powolutku...
Nie potrafisz ogarnąć, więc skup się na pojedynczych elementach, na częściach składowych. Traktuj wszystko, co musisz zrobić jak klocki (infantylne porównanie, ale chrzanić, nie chce mi się starać w żaden sposób). Każdy maleńki element połóż obok drugiego, w wybranym miejscu. Nie zastanawiaj się, czy tam pasuje, bo zepsujesz, bo znów się przestraszysz, usiądziesz chowając twarz w dłoniach i po raz kolejny nie będziesz umiała płakać. Po prostu klocek, element, część, cegiełka, baza. I powoli. Dziel dzień na godziny, godziny na minuty. Dziel czas na chwile. Tak, chwile są takie niezależne, takie lekkie, takie niełapliwe. Nie da się ich określić, ustawić im granic. Chwila. Nie dokładne 7 minut i 43 sekundy, ale po hipisowsku uśmiechnięta chwila. Nie przerażaj się ogromem, podziel go na chwile, które możesz ogarnąć. Czasem trzeba wrócić do podstaw. Czasem przechodzi się tę samą lekcję po wielokroć.

Zapomnieć, nie myśleć, działać, żyć, nie "tworzyć z prostych rzeczy intelektualnych labiryntów" - nie chcę już sobie tego powtarzać. Każdy dzień to jakiś surwiwal, a ja nie mogę się skupiać na tym, jak jest ciężko, tylko odkrawać małe kawałki czasu i wyrzucać za siebie. Będzie coraz mniej. Będzie może łatwiej.

Zamknęłam swoje durne serce na wszystko. Na siebie przede wszystkim. Została po drugiej stronie, chyba nawet jakieś marzenia miała. Tak, miała. To może przez te czerwone tulipany. Całe naręcze. Po jaką cholerę jej to? Obserwuję ją przez dziurkę od klucza. Stoi w tej absurdalnie czarnej sukience, jak zwykle, i te głupie kwiaty. Na co ona jeszcze czeka. Przecież ja jej nigdy nie otworzę.