czwartek, 1 stycznia 2009

Wszechczasowe wieczory

Jest taki czas w roku, na który zawsze czekam. Czas zimowy, czasem śnieżny, ale zawsze, zawsze mroźny. I na swój sposób zaczarowany. Czekam na niego z niecierpliwością porównywalną do niecierpliwości dziecka wstającego rankiem w przeddzień Bożego Narodzenia i skradającego się na paluszkach do pokoju, w którym stoi choinka, by sprawdzić, czy osnuty tajemnicą Pan z Brodą przyniósł wymarzoną lalkę. Jest to czas magicznych wieczorów, kiedy człowiek obcuje z historią. I to niekoniecznie taką, której nie pamięta. Jest to historia ludzi, historia czasów, w których żyli, historia wydarzeń, które ich inspirowały, historia muzyki, którą stworzyli...
Zawsze zgaszone światła, zawsze jedna lub dwie migotliwe świece. I muzyka. Utwory znane na pamięć, słuchane niejednokrotnie każdego dnia. A jednak założenie tych muzycznych wieczorów jest takie, że nie sposób nie zatrzymać się nad utworem znanym od pierwszego do ostatniego dźwięku i nie stwierdzić - przecież.... przecież to jest piękne... A przy tym utworze tańczyłam w liceum z moją pierwszą miłością... A ten z kolei, mimo że do granic absurdu zgrany przez stacje radiowe, tu, w takim zestawieniu, odzyskuje swą świeżość pierwszego przesłuchania, pierwszego zachwytu.
I mimo że jest to lista, lista wszech-przebojów, naprawdę nie chodzi o to, by sprawdzać, kto spadł, kto skoczył w zestawieniu, a kto na pierwszym miejscu. Przynajmniej nie dla mnie. Jeszcze przez kilka ostatnich lat spisywałam notowania. Ale też nie po to, by każdego roku wyjmować z szuflady te z poprzednich lat i porównywać. Sprawiało mi przyjemność zapisywanie tych utworów, kaligrafowanie nazw zespołów, tytułów piosenek. Teraz już tego nie robię. Teraz zasłuchuję się i te wieczory mają dla mnie magię. Na kilka godzin jestem odcięta od świata. Tylko dźwięki i gorąca herbata z pachnącą pigwą albo nalewką wiśniową. Na te kilka godzin czas nie istnieje. Upływające minuty wyznaczane są przez kolejne utwory.
Nie razi, że obok siebie majestatyczny "Bema pamięci żałobny rapsod" Czesława Niemena i frywolne "Whole Lotta Love" Led Zeppelin. Wszystko to jest część naszego życia, tego bądź tamtego jego momentu.
Z przyjemnością odnotowuję też obecność nowych utworów, nie tych, które stworzono w latach 60. czy 70. - najlepszych czasach dla muzyki, jak zwykło się mawiać. Cieszę się, gdy słyszę "Again" Archive, "Alive" Pearl Jam czy "Leszka Żukowskiego" Comy. To znak, że te utwory uznajemy za ważne, tak ważne, że mogą znaleźć się obok "Show must go on" czy "The Unforgiven". Że oto wcale współczesność nie schodzi na psy. Że za naszego życia powstało coś, co nasi wnukowie nazwą klasyką. Unosi mnie to.

Trójkowy Top Wszechczasów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz