czwartek, 1 stycznia 2009

Wrześniowe wspomnienie


Zastanawiam się, gdzie rozpocząć tę podróż wśród bieszczadzkich wspomnień. W którym momencie już je czułam, już wiedziałam w jakiś metafizyczny sposób, że mnie przyjmą jak swoją, otulą tą mgłą sączącą się z zielonych wzgórz, ogarną, ukołyszą, uspokoją. Już chyba w busie do Sanoka, gdy tylko za Rzeszowem zaczynały się wyłaniać, opanowywać horyzont, potężnieć – już chyba wtedy zaczynałam się uśmiechać i czuć, że nie mogłam lepiej wybrać. Że w tym momencie mojego życia tylko one mogły do mnie dotrzeć, tylko wśród nich znajdę spokój, równowagę i … życie. Im było bliżej, tym bardziej coś we mnie rosło, jakaś jasność mnie opanowywała. Może już czułam, że pobyt tam zmieni moje życie? Świadomość ta kryła się gdzieś w cieniu rzęs, w kosmyku włosów wymykającym się z warkocza, w cichym westchnieniu, gdy patrzyłam do góry, na unoszącą się mgłę i pozwalałam, by deszcz osiadał mi na czole i wargach.

Miałam dylemat – Tatry czy Bieszczady? Pytałam znajomych, radziłam się. Chciałam wybrać odpowiednie miejsce, bo to miał być wymarzony czas, wykorzystany w maksymalny sposób. Chciałam wziąć dla siebie jak najwięcej z miejsca, gdzie się znajdę. Zagarnąć jak najwięcej zapachów, kolorów, smaków, wrażeń. Potrzebowałam czegoś, co przywróci mi życie, co mnie obudzi z tego marazmu, który pajęczynami absurdu oplótł moje życie, moją codzienność i conocność. Nie miałam celu, planu, ścieżki. Niby ją widziałam, niby czułam, a jednak wciąż była tak bardzo daleka. Albo to ja byłam daleko od niej. Bo wiesz jak to jest? Taka ścieżka, dla każdego inna, dla każdego jego własna, naprawdę istnieje. Jest stworzona, a przynajmniej jej grunt, podstawa. Wszystko inne tworzysz Ty. Miejsce, przez które będzie biegła; widoki, które będziesz mijać stąpając nią w lekkim przyjemnym marszu; to, z kim będziesz nią kroczył; kto przejdzie z Tobą jedynie do następnego zakrętu, a następnie zejdzie na swoją, a kto chwyci Cię mocno za rękę i już nigdy jej nie puści, bo na Ciebie na tej ścieżce czekał przez całe życie. Ja taką ścieżkę zagubiłam. A może nigdy jej nie było? Pewnym jest, że w okresie życia, gdy tyle się zmieniło, gdy nagle pozostałam zupełnie samotna i zagubiona, musiałam gdzieś uciec. Gdzieś daleko, gdzieś, gdzie będę się czuła malutka, słaba, gdzie wszystko inne będzie mnie przytłaczać, ale w sposób, na który będę się godzić – nie agresywnie, jak co dzień w Lublinie, lecz łagodnie, cicho, niemal czule. O tym marzyłam. Chciałam się tak permanentnie zgubić, by za chwilę móc się odnaleźć. Odnaleźć się już taką, jaką siebie wymarzyłam – radosną, jasną, wypełnioną po brzegi uśmiechem. Chciałam w tym moim zatraceniu nagle stwierdzić, że już jestem skończona, zupełnie naga, czysta. Że nie mam już nic, prócz moich pustych dłoni i kilku marzeń. Bo tylko wtedy mogłabym zacząć naprawdę budować. Na nowo, od podstaw. Budować siebie, swoje życie, swoją ścieżkę. Ona jest najistotniejsza.

Po przyjeździe do Dołżycy, do „Cienia PRL-u”, przepłakałam całą noc. Z żalu, z emocji, z tęsknoty, z samotności. Nie znam konkretnego powodu swoich łez. Ale były, wyrywały się ze mnie, dusiły i oczyszczały. Obudziłam się rano. Czystsza. Bardziej pusta, ale właściwie równie dobrze można powiedzieć, że nie była to pustka w jakimś pejoratywnym znaczeniu – raczej była to przestrzeń we mnie, jakaś próżnia przygotowana na przyjęcie nieznanego, a przecież od dawna oczekiwanego. Wiedziałam, że jest trop. Że z tym dniem mogę zrobić coś dobrego, coś wspaniałego, coś, po co tu przyjechałam. Zapragnęłam przestrzeni. Mimo chłodu – deszcz mi nigdy nie przeszkadzał, zawsze lubiłam moknąć – wyruszyłam w drogę. Termos z gorącą herbatą, mapa, zapas czekolady. Byłam gotowa. Najpierw spacer kilka kilometrów do Krzywego. Potem wspięłam się na jakąś górę. Było mokro, stromo, mgliście, zimno. Cudownie. Przemokłam, przemarzłam. Herbata nigdy nie smakowała mi tak bardzo, drzewa nigdy tak nie pachniały, mech nigdy nie był tak aksamitny, tak intensywnie zielony. Każdy dźwięk słyszałam wyraźniej, mocniej, bardziej w sobie. Każdy dotyk pnia drzewa – buk, tak? Każdy kamień, który czułam pod stopami, każdy głębszy oddech zimnego powietrza… Chłonęłam to wszystko tak, jak gdybym urodziła się tego ranka, a wieczorem miała umrzeć – jak najwięcej, jak najmocniej, jak najintensywniej. Wróciłam do ośrodka przemarznięta, przemoczona, przeszczęśliwa. Wiedziałam, że teraz już będzie tylko lepiej.

Na następny dzień zaplanowałam wyjazd do Wetliny na sławnego naleśnika i grzańca z jajem, o którym słyszałam za każdym razem, gdy mówiło się o Bieszczadach. Spóźniłam się na autobus. Źle chodził zegarek? Autobus przyjechał wcześniej? Nie wiem, nieistotne. Stałam kilka minut, deszcz siąpił, a ja zastanawiałam się co to. Znak? Nie powinnam jechać do tej Wetliny? Hmmm… może faktycznie lepiej iść w stronę Cisnej i dalej, tam jeszcze nie byłam. Chwila wahania. Dobrze, idę do Wetliny. Spojrzenie na mapę – ponad 20km. 4h i powinnam być na miejscu. Martwiło mnie, że mogę nie mieć jak wrócić, ale szybko odsunęłam tę myśl. Dam sobie radę. Byleby iść przed siebie i czuć ten zapach. To jest najważniejsze. Deszcz, wciąż deszcz. I cisza. Na tych Waszych zakręconych drogach mijało mnie bardzo mało samochodów. Ależ cudownie mi się szło. A potem się zatrzymaliście. Moja pierwsza myśl – „No nie, ja chcę iść, ja chcę spacerować”. A potem cofnęliście się i otworzyłeś okno i spytałeś, czy mnie nie podwieźć do Wetliny. "Tak..." A potem, po obiedzie, nie wiem cóż mnie podkusiło, by iść zobaczyć te pamiątki. Następny znak. Mogłam przecież kupić coś w Cisnej. Deszcz rozpadał się mocniej, było zimno, nie wiedziałam, o której mam jakiś autobus. Gdybym kierowała się logiką, po prostu wróciłabym od razu do Dołżycy. Ale dość było już logiki w moim życiu. Kierując się logiką i znanymi szlakami mało ciekawego w życiu się wydarza. Zawołaliście mnie, a ja miałam wahanie – przecież ja tam nikogo nie znam, nie wiem nawet jak się nazywacie, po co ja tam idę? Dostałam piwo w dłoń, przedstawiono mnie. Tyle radości w Was było, ten okrzyk, ognisko, tyle pytań – skąd jesteś? Na ile przyjechałaś? Nikt mnie tam nie znał i chciał się czegoś dowiedzieć. Niesamowite. Tak dobrze mi tam było… A potem zaproponowałeś, żebym została. Spojrzałam na Ciebie i powiedziałam – ale ja Cię znam od dwóch godzin, nic o Tobie nie wiem, jak mam Ci zaufać, gdzie ja będę spać? Pytania, pytania, pytania. Wciąż pytania. Bo wszystko chcę wiedzieć na pewno, na przyszłość. Jeden z głupich hamulców i jedna z blokad, których tak bardzo w sobie nienawidzę, a sama je sobie zakładam. Jedna z rzeczy, których w sobie nie akceptuję i z którymi chcę walczyć. I oto moment, gdy mogę powiedzieć sobie – „Chrzanić!”. I Twoje słowa – „Co będziesz robić w tej Dołżycy? Wrócisz i położysz się spać. Zostań z nami, będzie fajnie.” Uśmiech rozjaśnił się gdzieś we mnie i powiedziałam – „Dobrze.”

Może przeszkadza Ci, że wspominam o Tobie. Miało być przecież o Bieszczadach… Wiesz co? Jest. Bo Ty i one to dla mnie jedno. To dla mnie życie, które na nowo wlało się do martwych już niemal tkanek i żył. Twoja energia, ta niezwykła pozytywna aura, którą wokół siebie rozsiewasz… Piękno Bieszczad, ich dzikość i łagodność, ich czułość i potęga, ich rozległość i bliskość. Wszystko to zlało mi się w jedno wrażenie, jedną emocję, w której tysiące obrazów, kolorów, zapachów, ulotnych chwil. Zapach ogniska, który wciąż czułam na polarze, gdy wracałam do Lublina, mlecznobiała mgła, zielone wzgórza, niebo, mimo deszczu jasne, owce na łące, zimny deszcz na włosach i wargach, alkohol rozgrzewający wnętrze, głos Eli, Twój głos, Twój uśmiech… Każda z tych subtelnych, nieskończonych, pastelowych chwil układała się wewnątrz mojego serca, mojej duszy puszystą warstewką emocji, na które czeka się całe życie i znajduje w najbardziej pustym momencie swojego istnienia. Wtedy Cię wypełniają, rozjaśniają od środka w sposób, który widać na zewnątrz. U mnie objawiały się w sposób przypominający stan podgorączkowy – błyszczące oczy, zarumienione policzki, spieczone suche usta. Wracałam do domu następnego dnia, patrzyłam na siebie w lusterku i nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Tak chyba czuje się człowiek, któremu podano solidną dawkę endorfiny. Byłam do granic możliwości szczęśliwa. Zamykałam oczy, widziałam góry, widziałam mgłę, widziałam Ciebie, czułam wypełniającą mnie jasność. Miałam ochotę dotknąć swoich pleców i byłam niemal pewna, że poczuję, jak rosną mi skrzydła. Dlatego tak Wam dziękowałam. Pojechałam w Bieszczady uspokoić siebie i wrócić z planem, ze śladem ścieżki. Wróciłam pełna miłości do samej siebie i ludzi wokół i z dokładną topografią drogi, którą chcę stąpać do końca życia. Zaraziliście mnie otwartością, bliskością, radością. Pamiętasz ile się uśmiechałam u Dworaczków? Ten niezwykły nastrój, ci ludzie wokół, opowieści, deszcz za oknem, w środku gorąco, rozpalone policzki i gwiazdy w oczach. Najbardziej niezwykły i magiczny wieczór, jaki przeżyłam. Rozpaczliwe pragnienie, by każdą z chwil zatrzymać, nie zapomnieć, utrwalić. Patrzyłam na ludzi siedzących przy stole, słuchałam ich głosów, ich śmiechu, zapamiętywałam ich gesty, pojedyncze słowa, całe historie, które opowiadaliście. Chciałam by we mnie zapadły, utrwaliły się na zawsze…

Nauczyłam się uśmiechać. Dziękuję...





2 komentarze:

  1. stwierdzam po przeczytaniu tego niekrótkiego a nawet rzekłbym całkiem dłuższego wywodu że odnajduję jakąś cząstkę siebie w powyższym zapisie. Z jedną zasadniczą różnicą. Pamiętam góry ciemną nocą i pustą dolinę okrytą całkowitą ciemnością i mnie w namiocie rozbitym pod starą drewnianą niezamkniętą cerkwią. Przez czas jakiś nawet mi się to podobało, byłem pod wrażeniem tego, że jestem w tych okolicznościach sam, ja i tylko ja. Lecz z drugiej strony tym piękniejsze było to uczucie wiedząc, że następnego dnia w porze obiadowej miała zjawić się kompanija znajomych z którymi to w dalszą drogę wyruszać miałem.

    Ale na początek długa samotna podróż i długa ciemna noc była potrzebna abym tym bardziej radosną towarzyszy ekipę nadciągającą zwolna docenił...

    Ogólnie rzecz biorąc jestem wielkim zwolennikiem dobrej samotności. Wnioskuję że Ty również.

    OdpowiedzUsuń
  2. Może nie znam dobrze Aspazjan , lecz muszę lekko naprostować twoje poglądy Salamantino :) Otóż myślę , iż Jest Ona osobą która pragnie spędzić w Bieszczadach dużą część swojego życia i nie w samotności , tylko w towarzystwie wielu przyjaciół ; w klimacie , którym dla wielu nawet się nie śnił .

    Dla większości Bieszczady kojarzą się z widokami , przyrodą . Jest to dopiero jedna część tego co można odkryć, doznać w tym przepięknym miejscu .
    Drugą zaś można odkryć , gdy spontanicznie ktoś weźmie Cię na stopa i zaprosi do wspólnego ogniska , zapozna z ludźmi w koło i pokaże klimat i wielką otwartość ; można by rzec "od zaplecza" jaką daje To Miejsce

    Ten który zakochał się w Ludziach z regionu

    OdpowiedzUsuń