czwartek, 1 stycznia 2009

[...]

Opowieść trzeba zacząć.
Od początku najlepiej. Tylko... gdzie początek? Gdzie go szukać? W którym momencie wstąpiłam na ścieżkę, której, z mniejszym bądź większym powodzeniem, trzymam się do dziś, a na pewno mam zamiar doskonalić ją nieustannie? Hmm... chyba w momencie, gdy samotność zaczęła smakować jak pierwsze truskawki. Albo nawet nie - jak pierwsze cierpkie wiśnie, których sok plamił krwawo palce. Gdy uwolniona, uniezależniona od czyjegoś sposobu, od czyjejś tendencji do pokazywania palcem i to jakoś zawsze błędów, zwróciłam się do siebie. Puste mieszkanie, wymarzona, wypragniona, wypłakana samotność i butelka wina. I "Death and the healing" cały wieczór...

Opowieść.
Opowieść o słowach opętanych przez zmysły, o emocjach burzących ustalony porządek, choćby był to jedynie ład własnych, gładkich, znanych i przewidywalnych myśli. Opowieść o pytaniach, na które się czeka i których się boi. Czeka, bo budzą, trącają swym zadziornym znakiem zapytania poprzedzonym wielokropkiem. Boi, bo uchylają drzwi. A ja znam te drzwi. Miałam świadomość ich istnienia. I siedząc w ciemnym korytarzu pewnie nawet na nie patrzyłam. Nie sądziłam jednak, że da się je otworzyć. Ileż działań trzeba, ileż gestów trzeba wykonać, zanim po prostu naciśnie się klamkę. Trzeba wstać. Podeprzeć się o ścianę bądź podłogę. Częściej jest to podłoga. Zmusić mięśnie to uległości, przesłać im wiadomość. Gdy posłuchają, podnieść się i otrzepać zabrudzone ubranie. Przyzwyczaić wzrok do mroku, który panuje w pomieszczeniu - jakby dopiero po przebudzeniu. Rozejrzeć się wokół. Wymierzyć odległość - ile kroków zajmie mi przemierzenie tego korytarza? Dwa? Trzy? Jeśli więcej, to może nie warto... Tak, nie raz i nie dwa wracałam na znane i wysiedziane miejsce pod ścianą, bo zdawało mi się, że te kilka kroków to zbyt dużo. Chciałam już, natychmiast. Choć wiedziałam, że ta droga jest potrzebna, że to część, że bez tego się nie da. Że nikt jej za mnie nie przejdzie. Wracałam i pytałam samą siebie i innych - czemu te drzwi są tak daleko? Czemu nie mogę znaleźć wyjścia? Czemu nie potrafię wstać? Czemu paradoksalnie jest mi tu tak wygodnie, choć dusza rwie się z tego miejsca, bo wie, że nie tu przynależy?
"Prześpij się jeszcze, jutro spojrzysz na to inaczej".
"Ale o czym Ty mówisz, tu jest tak dobrze, zobacz. Wygrzałaś sobie to miejsce, dopasowałaś się do niego, jest idealnie wygodne".

"Nie zgubiłaś się. Jesteś tutaj. To Twoje 'Nigdziebądź'. A teraz dokonaj wyboru. Wstań. Wiem, jest ciężko. Dlatego wyciągam do Ciebie dłoń. Ale to Ty decydujesz. Strach albo Miłość."

Kilka prób. Kilka pewnych myśli - tak, to tu, to już, nareszcie! I bolesny upadek, gdy nastaje samouświadomienie, że to jednak jeszcze nie to.
"Tylko wydaje Ci się, że jesteś wolna, to tylko złudzenie. Zobacz ile rzeczy ma na Ciebie wpływ. Zobacz ile jeszcze zależności."
Nie daję rady... Krok w tył.

Po chwili wściekłość. Nawet nie złość i nie łzy na samą sobą. Wściekłość - przecież umiem, przecież to wiem. To tylko wybór. Zostać w pół drogi czy iść przed siebie. Litować się nad sobą czy przejść dalej, poza.

Może tak właśnie musiało być, że gdy już byłam tak blisko, gdy sięgałam dłonią po klamkę, nagle w korytarzu zrobiło się jeszcze ciemniej niż do tej pory. I nawet nie dlatego, by uniemożliwić mi przejście dalej. Tego nie udałoby się dokonać nikomu.

Jestem poza. Wybrałam.

[Love]
Close your eyes, listen to your heart beat
Surrender to its soothing pulse
Silence the cries, gentle and carefree
Good or bad, true or false...

You're not alone

You'll find me here whenever they oppose you
I am the strongest of them all
No need to fear these feelings that enclose you
I'm here to catch you when you fall

You're not alone
I am here dancing to your tune



Dziękuję...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz