sobota, 26 września 2009

Mare Frigoris

Będę tego żałować, wiem, że będę. Złość jest świetną motywacją, o, zajebistą. Ale zanotuję kilka złośliwych i kąsatych myśli, ku przestrodze.
Skąd wzięła mi się ta cholerna niezależność? Znaczy - cholerna... No ok, świetnie, że jest. Tylko nie do końca wiem, czy nazwać to niezależnością. Niezależność jest spokojna i trwała. Ciągły strach, że ktoś wlezie z butami i zechce pokazywać palcem, że krzywo przywiesiłam ten obrazek albo nie podlałam kwiatów i mają sucho, a potem złość, że to się stało, bo przecież wystarczyło zamknąć drzwi i gościa nie wpuszczać - to nie jest niezależność. To jest zajebista chwiejność i brak asertywności. A nawet gdyby chcieć to nazwać pragnieniem niezależności, to czemu tak agresywnie reaguję, gdy ktoś po prostu zada o jedno pytanie za dużo? Nie ze wścibstwa, nie z prostackiej ciekawości - w sumie bez powodu? Może właśnie ta bezpowodowość mnie wkurza. Po co zadawać pytania, które nie wnoszą NIC, wielkie świszczące NIC? A ja jestem zobligowana do udzielenia odpowiedzi, bo jeśli tego nie zrobię, to dostanę 4 następne dotyczące tego samego, na zmianę z tymi z kategorii: "Czy wszystko ok?". Aż chce się odpisać - byłam w klopie, troszkę mi się zeszło, wiesz, ciężki obiad.

Niepotrzebnie się złoszczę, wiem. Co więcej, pisząc to podjudzam się i nakręcam. Dlaczego nie potrafię wytłumaczyć siebie i swoich reakcji, zachowań spokojnie. Dlaczego reaguję agresją, gdy ktoś nie rozumie? Przecież może nigdy nie spotkał kogoś tak dzikiego jak ja, może trzeba poświęcić trochę czasu, by się ze mną oswoić i żebym ja oswoiła się z tym kimś. Może dlatego, że z góry stwierdzam, że nie zrozumie. Może dlatego, że niby jak ma zrozumieć ktoś "obcy", skoro nie rozumiem ja.

Wczoraj weszłam do swojego mieszkania, dotknęłam ścian, które zostawiły pył na moich dłoniach i poczułam, że chcę sama. Nie jakieś puste: "Nie chcę być z nikim", by następnego dnia udawać/pokazać, że zależy, napisać SMS, przytulić, wziąć za rękę. A zresztą, nie mnie oceniać takie zachowania.
Prawdziwe sama. Prawdziwe, zgodne z moją idealizującą naturą, czyste oczekiwanie na to, co moje. Wtedy będę umieć osiągać kompromis, który nie będzie przeze mnie rozumiany jako rezygnacja z cząstki siebie, nie będzie porażką, za którą w tej chwili biorę każdy, na jaki muszę pójść. Hm. Właściwie nie idę na żaden. Czy to naprawdę takie trudne, żeby naturalnie się w kimś zakochać? W taki czysty, prosty sposób? Czy mój czas minął wraz z pierwszą miłością? Następnej nie będzie? Pewnie powinnam dać szansę. Ok. A kiedy jest ta granica, poza którą szansa jest gwałtem na sobie? Na swoich potrzebach, na pragnieniach?

Nie wiem, co chciałam wyrazić w tym poście. Jakieś wylanie emocji, nawet jeśli są negatywne, a ja przecież tak bardzo ich nie lubię. Niepotrzebnie chyba. Monika powiedziała mi kiedyś, że tak bardzo unikam swoich negatywnych emocji, że tak się złoszczę na siebie, gdy są, a przecież powinny być. To proste, dążę do szczerości wobec samej siebie, a nie umiem przyjąć, że szczera jestem też w złości. No więc w imię tego piszę ten post, złość mą wylewam.

Ciekawe.
Jakoś nie jest lżej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz