czwartek, 18 lutego 2010

bullshit

Nie umiem sobie poradzić ze swoim życiem. No po prostu, qrwa, nie umiem. Mam mieszkanie, które chcę urządzić, wg siebie. Nie udaje się, no po prostu nie. Mieszkam wciąż w scenografii. Wiedziałam, że tak będzie. Po prostu to przewidziałam. Mama dzwoni co jakiś czas i pyta, czy już kupiłam firanki, a ja już nie wiem, jaki wymyślać powód, by się usprawiedliwić, dlaczego jeszcze tego nie załatwiłam. Nie chce mi się. Nie mam energii, nie mam pomysłu, przytłacza mnie to wszystko. Nie ma we mnie na to czasu i ochoty. Gdyby nie mój Marcin, to pewnie nadal nie miałabym pomalowanego dużego pokoju, tylko biało-żółte ściany z pomarańczową plamą po farbie z sypialni. Nie umiem się zorganizować, nie umiem ustalić hierarchii, nie umiem załatwić czegoś, umówić się na wykonanie jakiejś usługi. Do tej pory nie wymieniłam zamka w drzwiach wejściowych.
Mam siebie dość.
Niech ktoś żyje za mnie.

4 komentarze:

  1. Zbytni pośpiech też nie wskazany ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Aspazjo droga,
    uciesz się swoim mieszkaniem. Jego urządzanie to cała celebracja, tym bardziej jeśli jest to Twoje pierwsze. Pożera mnóstwo sił i czasu, denerwuje i męczy, ale… JEST. Wielu chciałoby pewnie mieć taki właśnie problem. Jesteś szczęściarą – pamiętaj o TYM. A jeśli Cię to wqrwia, to po prostu je sprzedaj – nie będziesz miała tyle problemów i zmartwień, będziesz szczęśliwsza…

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimie,
    jak w tej anegdocie o Żydzie i kozie. No ta.
    A ja nie o mieszkaniu, ja o życiu swym.

    OdpowiedzUsuń
  4. ja do tej pory nie mam firanek i chyba tak już pozostanie :)

    OdpowiedzUsuń