poniedziałek, 19 października 2009

L'viv

Wczoraj wróciłam ze Lwowa. Podróż długa, pełna obaw (pierwszy raz przekraczałam granicę), zimna i z przygodami. Zwłaszcza powrót do Polski - dużo się słyszy o pomysłowości przemytników, ale to, co Ukraińcy uskuteczniali w moim autokarze, nie mieściło mi się w głowie, a zawsze myślałam, że mam bujną wyobraźnię. No nic, człowiek uczy się całe życie. Ale zimnej krwi podczas odprawy po polskiej stronie zazdroszczę, serio.
Nic, ja nie o tym.

Lwów mnie zachwycił. Jest monumentalny... kamienice Starego Miasta górują nad tobą i przytłaczają, ociężale wyrastają z kamienistych ulic i skrywają w swym wnętrzu niezwykłe sztukaterie, zachwycające bramy i klatki schodowe. Freski w ormiańskiej świątyni, Podniesienie w łacińskiej katedrze, gdy polska modlitwa dźwięczała pośród grubych murów, trafiając w samo serce Polaka na obczyźnie. Wiem, byłam tam tylko kilka dni, to żadna wieloletnia emigracja, ale usłyszeć język polski w obcym kraju, do tego podczas Mszy Świętej, jest doświadczeniem metafizycznym niemal. Ale chyba najbardziej urzekł mnie Cmentarz Łyczakowski. Tak, Orlęta spoczywające w swych równych mogiłach na jednym z cmentarnych wzgórz (Mortui sunt ut liberi vivamus). Czy teraz bylibyśmy zdolni...?
Cieszę się, że trafiłyśmy tam, gdy zmierzchało... Uwielbiam cmentarze wieczorną porą (a jakże), zwłaszcza tak pachnące historią, która porasta mchem i zastyga w pomnikach bezgłowych aniołów.











Fot. by J. Molik









Fot. by Aspazja


Dziękuję mojemu Molikowi za ugoszczenie, upicie, pozostawienie na pastwę Ukraińców nieznających polskiego, a angielski ledwo co, za wstawanie o 11:00, za Płacz Jeremiji i kuchnię z koszmarną akustyką:>

Djakuju';)

PS Piwo "3eнuк" rządzi:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz