sobota, 18 lipca 2009

drOGOWSKAZ

Nie pamiętam kiedy coś mnie tak poruszyło, jak płyta "Powstanie Warszawskie". Znana jest mi na pamięć, a za każdym razem mam ciary i łzy w oczach. Za każdym.
Chyba mam pewien pomysł...




6 komentarzy:

  1. ach ta płyta... pamiętam pierwszy koncert Lao Che, na którym byłem, tuż przed wydaniem Powstania. świetna urządzona scenografia w Centrum Kultury i po raz pierwszy usłyszane utwory o tematyce jakże bliskiej sercu historyka. przyszedłem bo lubiłem Gusła i chcialem poznać Powstanie, a wychodziłem urzeczony. oj ciary są!
    świetny tytuł posta:))

    OdpowiedzUsuń
  2. Rzeczywiście, bardzo trafna uwaga. Trudno przy przeżywaniu tej płyty powstrzymać łzy... Myślałem, że tylko ja jestem nienormalny i już na samo wspomnienie tych dźwięków na świat patrzę przez jakąś dziwną mgłę.
    To jeden z tych muzycznych skarbów NAJdrOŻSZYCH sercu ;-)Inner Sanctum

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie jestem dużym znawcą tej grupy, ale album koncertowy robi większe wrażenie niż studyjny. Chodzi mi o kawałki poświęcone powstaniu :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Na albumie koncertowym jest szybko, bezlitośnie, głośno, dosadnie, ale też okrojono repertuar w porównaniu z płytą studyjną. Dodatkowo na płycie studyjnej jest bardziej ... refleksyjnie. Wolniej. Jest przestrzeń. A gdy nagle, wśród melodeklamacji Spiętego, słyszysz w słuchawkach wezwanie Sikorskiego "Niech żyje lotnictwo i marynarka polska, niech żyje polskie państwo podziemne..." ("Kanały") to szarpie. Oj szarpie. Na płycie koncertowej tego nie ma.

    OdpowiedzUsuń
  5. W sumie nie neguję. To było tylko takie subiektywne odczucie. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń